Magazyn.

Nasz nowy dom był kompaktowym szeregowcem. Dawał nam luksus czterech sypialni, ale na tym burżujstwo się kończyło, bo podobnie jak stare mieszkanie nie grzeszył powierzchniową rozrzutnością. Zresztą na rozrzutność za chińskiego boga nie było nas stać i szczytem luksusu, na granicy wydolności finansowej, były właśnie te cztery sypialnie. Oraz parter na poziomie widocznego z okien ogródka – bo w poprzednim domu, z wysokiego parteru widziałam ogródki sąsiadów, a nie mój czterometrowy pasek iglaków, wepchnięty między ścianę budynku a ogrodzenie.

Ta kompaktowość wymagała robienia mebli na miarę, żeby z iście blokową dokładnością wykorzystać każdy kawałek powierzchni. Kiedyś nawet zaczęłam pisać takiego lajwstajlowo-wnętrzarskiego bloga o wykańczaniu naszego szeregowca, ale czytało go jeszcze mniej osób niż Rutynę, więc się zniechęciłam.

Zatem kiedy przeprowadzaliśmy się na Dzikie Pola, nie bardzo mieliśmy tu miejsce na stare meble. Część rozdaliśmy, a część pojechała do magazynu. Że niby przydadzą nam się na wsi. Tyle że po zaciągnięciu dożywotniego kredytu na nowy dom musieliśmy zapomnieć o budowie czegokolwiek na wsi, więc nasze meble stały w magazynie, kurzyły się i co miesiąc wysyłały fakturę do zapłacenia.

Następny akapit pozostanie póki co wyłącznie w mojej głowie, bo jeszcze żywię resztki nadziei na ocalenie mojego małżeństwa, którego nic by nie uratowało, gdybym napisała, co o tym sądzę. Znaczy o meblach trzymanych w magazynie przez sześć lat.

Po sześciu latach mój drogi mąż uznał, że jednak coś z tym trzeba zrobić. Zwłaszcza, że dwie magazynowane kanapy nadawały się po tym czasie wyłącznie do wywiezienia na śmietnik. Zatem wyjechały na ten śmietnik a reszta mebli w postaci biblioteczki, biurka i dwóch komódek trafiła do naszego garażu, który garażem jest wyłącznie z nazwy i w zamierzeniach architekta projektującego dom bez pomieszczeń gospodarczych.

Da się przejść przez garaż, bo to najwygodniejsza droga po drewno kominkowe, choć szału nie ma.

Natomiast obrót zdarzeń niezwykle mnie cieszy i to nie wyłącznie z powodu tych kilku butelek MP, które będzie można kupić za dotychczasową opłatę magazynową. Bo jak mój drogi mąż raz czy drugi wyrżnie o wystający kant biurka, to może jednak wyśle to pismo o odrolnienie czterdziestu metrów kwadratowych pod zabudowę na Ziemi Przodków? I posuniemy się następny mikrokroczek do przodu w sprawie letniska?