Kalendarz Adwentowy

Podobno niektórzy traktują kalendarz adwentowy jak bombonierkę. Ostatnio natknęłam się na licytację dumnych macierzy, który bombelek szybciej dał radę swojemu. I tak myślę, że te rzucające się na czekoladki dzieci tracą całą świąteczną magię.

Ja jestem dzieckiem peerelu. Dla mnie świętem była pomarańcza pod poduszką, z tabliczką czekolady i książeczką do kolorowania! Jak się dostawało bombonierkę, to się ją smakowało, a nie pożerało!

Pierwszy kalendarz adwentowy dostałyśmy od Filozofa. Wtedy nie było zawalonych kalendarzami po pięć złotych hipermarketów – kupowało się je u Leonarda, przy Zachodniej. Swoją drogą: cóż za adekwatny adres… Ten mały sklepik wypełniony był iście pewexowskimi towarami, pozwalającymi dotknąć zachodniego burżujstwa…

Stare baby byłyśmy z Key, tak koło piętnastki. I do dziś pamiętam to poranne otwieranie kolejnego okienka, żeby zobaczyć, jaka dziś czekoladka! Tego samego nauczyłam chłopaków i do głowy im nie przychodzi inna opcja. To jest rytuał. To jest celebracja. Wiecie co? To jest po prostu cieszenie się simple pleasures of life.

Kilka lat temu zapytałam synów, czy nie uważają, że wyrośli z kalendarzy adwentowych. Nie przytoczę tu ich reakcji, bo adwentowo postanowiłam nie kląć i w ogóle zacząć zachowywać się kulturalnie. No wstyd mi przed Niektórymi Czytelnikami, przy których nigdy nie użyłabym słownictwa z tego bloga, więc pracuję nad własną kulturą osobistą.

Minęły lata. Stanowisko moich synów w sprawie kalendarza adwentowego nie uległo zmianie. Chyba, że jako zmianę uznamy zaostrzenie kontroli i odpowiednio wczesne przypomnienie, że chyba nadszedł czas na dokonanie odpowiedniego zakupu. Na wypadek gdyby znowu przyszedł mi do głowy jakiś głupi pomysł…

No to nie kombinuję głupio i nie zadaję niestosownych pytań, tylko z odpowiednim wyprzedzeniem kupuję, co tam trzeba.