Gorzki smak Bożego Narodzenia.

Kiedy mówię, że jestem bożonarodzenioholiczką, każdemu się wydaje, że to po prostu podtrzymywanie dziecięcej radości Świętami. Tymczasem prawda jest taka, że moja świąteczna radość jest wypracowaną postawą na przekór doświadczeniom z dzieciństwa. Ja sobie ten bożonarodzenioholizm wymyśliłam. Właśnie dlatego, że przez większość życia święta miałam koszmarne.

Święta z dzieciństwa kojarzą mi się z kutią i pierogami. Oraz awanturami. O cokolwiek. A potem pretensjami, że „w tym domu nawet świąt nie można mieć spokojnych”. List do Mikołaja? Nigdy nie dostałyśmy wymarzonych prezentów. Nie dlatego, że nie było pieniędzy. Ale dlatego, że książki były za darmo, więc po co wydawać kasę, którą można wsadzić na lokatę?

Następny okres w życiu kojarzy mi się głównie z zawadzaniem. Z ustaleniami do kogo kiedy mamy jechać. Oczywiście bez pytania nas o zdanie. Z awanturami, że wyszłyśmy nie na tę stronę dworca. Z padającym zaraz po wigilijnej kolacji pytaniem, czy nie powinnam się wynosić, bo chyba czas na mnie.

Potem były lata czekania z jakimikolwiek planami na rozwiązanie zagadki: „Przestanie pić do świąt? I czy na tyle wcześnie, że da się usiąść razem do stołu?”.

„Kiedy przyjedzie moja siostra i do którego dnia do kogo zawita?”

„GDZIE robimy w tym roku Wigilię?”

No i tradycyjne: „Za wcześnie rozmawiać o świętach, mamy dopiero listopad!”, żeby potem dziwić się, dlaczego padam na pysk po czterodniowym maratonie w kuchni, bo decyzja zapadła tak koło dwudziestego grudnia.

Jezu, jak ja się przez te lata starałam!

No jak głupia, przecież. Bo to była taka piękna rozgrywka: z jednej strony chwalimy ją, że nooo… jedyna w rodzinie… bez niej te tradycje by dawno szlag trafił… zupełnie jak Babcia Helena… albo nawet czasami to i Włada… a pierogi to normalnie jakby ze Stanisławowa przyjechały… a takich makowców to Hala nigdy nie zrobiła, bo za mało maku dawała… Niech się czuje dowartościowana – przynajmniej będzie miała motywację do roboty.

Żeby nie przyszedł jej do głowy jakiś bunt, to od czasu do czasu wrzucamy tekst o tym, że jeśli bryknie, to jej nikt nie weźmie (sic!) na święta i będzie wigilię spędzać sama, jak pies pod mostem. Ale jeśli się zdarzy, że będzie miała dość i wymyśli jakiś świąteczny wyjazd, to natychmiast trzaśniemy obowiązkiem i więziami rodzinnymi, które swoim skrajnym egoizmem właśnie zamierza zamordować (a Przodkowie się w grobach poprzewracają).

Presja. Obarczanie odpowiedzialnością. Zrzucanie winy. Za wszystko. Za każdego. Zero wsparcia i pomocy.

Słuchajcie – przez lata nikt nie przyjechał do mnie dwa dni przed świętami, żeby rzucić okiem na chłopaków, kiedy lepiłam pierogi. Za to dostawałam opierdziel, że za późno wstawiłam indyka do piekarnika i trzeba pół godziny zaczekać. Kiedy z czterdziestostopniową gorączką podawałam wigilijną kolację, usłyszałam, że powinnam mieć bufet, bo wtedy wszystko mogłabym na raz podać gościom, a nie tak latać do kuchni. Nikt dupy nie podniósł, żeby mi w tym lataniu pomóc.

Długie, wspólne ustalanie menu i obowiązkowe przy stole: „Oni tego nie jedzą.”

Foch, że nie idę ze wszystkimi do kościoła, kiedy zapieprzałam przygotowując świąteczny obiad (no bo ten indyk, cholera, za późno w piekarniku, to znowu będzie afera).

Foch, że padłam na pysk i nie dotrzymuję towarzystwa.

Foch, że kolęd nie chcę śpiewać. „Jakie: duszę się? To śpiewaj po cichu.”

No i prezenty… Przecież wiadomo, że najlepiej dać w prezencie coś, co się samemu dostało dzień wcześniej! Jaka oszczędność! A że jest to – dajmy na to – koszula w rozmiarze nieuniwersalnym, to taki tam drobiazg. Że dostaliśmy butelkę likieru, która rok wcześniej nasz darczyńca otrzymał od mojej siostry? No przynajmniej się nie zmarnowała…

Przyjazdy mojej siostry są kolejną bombką na naszej świątecznej choince. Zawsze wiązały się z gigantycznym zamieszaniem, bo nie wiedzieć czemu wszelkie ustalenia odbywały się przeze mnie. Nagle wszyscy gubili kontakty i dzwonili do mnie: „Kiedy przyjeżdża? W jakim składzie? U kogo się zatrzymuje? Czy trzeba ją odebrać z lotniska? Kto ją przywiezie do nas?”. Mój mąż robił za szofera i nikogo nie interesowało, czy ma na to czas i ochotę. I owszem: zdarzyło się, że nas nie zaproszono – mieliśmy ją przywieźć i czekać na telefon, kiedy po nią przyjechać.

Tak, mówimy o najbliższej rodzinie.

Pomieszałam tutaj epoki, wątki i Osoby Dramatu, bo nie chodzi mi o przywalenie nikomu, tylko o zobrazowanie stresu, z jakim przez prawie pół wieku wiązały się dla mnie święta.

Aż nadszedł dzień, w którym miarka się przebrała. I postanowiłam to wszystko pieprznąć, aż huknie w Chinach.

Ja się naprawdę bałam. Cholera wie czego. Żyłam w tak potwornym stresie, że nawet nie potrafiłam określić, co mnie najbardziej dobija. Bałam się, że jak się postawię, to się mamusia obrazi. Tatuś się więcej nie odezwie. Siostra poczuje się urażona. Macocha na wieś więcej nie zaprosi. I wiecie co?

NIC.

Po prostu nic się nie stało.

To znaczy owszem: poobrażali się, poczuli urażeni, przestali nas zapraszać, ostentacyjnie zaprosili Key z zaznaczeniem, że bez nas, ale dość szybko dotarło, że tym razem po prostu nastąpiła trwała zmiana i żadne fochy niczego tu nie zmienią. Bo nikt się nimi nie przejmuje.

Odzyskaliśmy wolność.

cdn