Półka.

Z okazji 20 rocznicy ślubu postanowiliśmy sobie zafundować półkę do kuchni. Bo nasza kuchnia ma jakieś pięć metrów kwadratowych i trochę w niej brakuje powierzchni magazynowych.

Do tej półki podchodziliśmy tyle razy, że wstyd nawet wspominać. Ale skoro nie wyszedł nam rocznicowy wyjazd na Malediwy (czytaj: do Bukowiny Tatrzańskiej), to postanowiliśmy spiąć się i tym razem pomysł zrealizować.

W wakacje jakoś nie wyszło. Potem we wrześniu mieliśmy (my i stolarz – niezależnie) kwarantannę. Następnym terminem był październik. Ostatecznie padła propozycja, że może listopad.

Raz my nie mieliśmy czasu, raz nasz stolarz. Jak już miał czas, to my zdążyliśmy wydać odłożone pieniądze. No samo życie.

Minął listopad, zaczął się grudzień, półki nie ma i jako żywo przypomina mi się historia sprzed sześciu lat…

Sześć lat temu, 13 września, przeprowadziliśmy się do nowego domu, w którym większość mebli (po prawdzie to wszystkie, ale większość brzmi tak bardziej lajtowo) trzeba było zrobić na miarę. Na przykład biblioteki – te, które potem nam Luna obrzępoliła. Wszędzie mieliśmy poustawiane kartony z książkami (a książek u nas trochę…) oraz naczyniami kuchennymi i talerzami. No i ja bardzo chciałam przed Świętami jednak móc chociaż trochę to wszystko ogarnąć, zwłaszcza że przypomnę: mieszkaliśmy z psem i kotem.

Biblioteki przyjechały trzy dni przed Wigilią. Przy czym okazało się, że bez podpórek na półki.

Mieliśmy zatem poprzestawiane spod ścian na środek domu kartony i biblioteki bez półek.

Dwa dni przed Wigilią.

Jak przez mgłę wspominam następne dni, przycinanie półek, bo okazały się nieprzycięte, mocowanie podpórek, rozpakowywanie kartonów z książkami, szukanie w innych kartonach talerzy, przygotowywanie jedzenia na Święta, szykowanie na mansardzie prowizorycznej sypialni dla Madre i Filozofa…

Ten wątek długo zajmował pierwsze miejsce w naszych rozmowach…

Mamy początek grudnia. Zamówiona półka nadal nie wjechała na lakiernię. Ja się tylko modlę, żeby kolor jakoś się zgadzał, bo stolarz nie wziął niczego na wzór.

Podobno miała przyjechać w ostatni piątek, ale Piter zauważył, że ja wtedy przez weekend nie wejdę do kuchni. Bo jeśli wejdę, to… No cóż – przynajmniej tym razem winny będzie ktoś inny… Nie że on znowu próbuje mnie, dość nieudolnie, bo bez pożądanego rezultatu, wpędzić do grobu…

Tak, na farby i lakiery też mam alergię. Silną, bo przecie nie będę się rozdrabniać.

Zasugerował, żeby może przewietrzyć tę półkę zanim tu przyjedzie.

No i teraz nie wiadomo, jak to się dalej potoczy…

„Pani Joasiu… do Świąt mamy kupę czasu! Będzie pani zadowolona…”

Boję się…