Każdy sam pisze swoją historię.

Ostatnie lata przyniosły mi szereg wydarzeń, na zawsze zmieniających moje podejście do rodzinnych tradycji.

Zacznę od tego, że wychowana byłam niemal w kulcie rodziny po mieczu. Tak daleko idącym, że pozostawiającym na cienkim skrawku marginesu rodzinę po kądzieli. I będąc osobą już bardzo dorosłą co chwilę dokonywałam odkryć, które wprawiały mnie w zdumienie. Bo nie dość, że ta marginalizowana znaczeniowo rodzina, była o wiele bardziej znacząca, to zaczynały wychodzić na jaw różne kontrowersje, zdecydowanie umniejszające rangę tej pierwszej.

Choćby takie drobiazgi, że hołubiony pradziadek Co-To-Nie-On przyjaciel niemalże jaśnie pana hrabiego, okazywał się nagle być tego hrabiego zaledwie zarządcą, a nieistniejący w mojej dziecięcej świadomości pradziadek z drugiej strony – właścicielem majątku, z dworem, parobkami, parkiem i takimi tam.

Ormiański przodek-kupiec, będący tajnym emisariuszem królewskim stawał się tym bardziej postacią legendarną, nie znajdującą historycznych potwierdzeń, im bardziej druga rodzina – tych pogardzanych, małomiasteczkowych kamieniczników, do kamienic dodawała place, dobroczynność, fundowanie szkół czy straży pożarnej, elitarne pensje dla dziewcząt w Warszawie, czy zarządzanie lokalnymi cukrowniami.

Kolejne odkrycia zmieniały perspektywy i demaskowały legendy. Przy czym jeśli w tworzenie legend zaangażowane były dwa czy trzy kolejne pokolenia – następne, wychowywane w wierze w przekazywane informacje, nie miały nawet możliwości zweryfikowania podawanych rodzinnych „historii”.

I tak na przykład mam mocne podejrzenia, że wątek ormiański w naszej rodzinie nie wziął się z Sienkiewiczowskiego „Strogowa”, przypadkiem noszącego to samo, co moi dziadkowie, nazwiska, ale z prostego faktu, że przodkowie byli cieślami i budowali różne kościoły – co tam akurat było zlecane. Raz budowali cerkiew, innym razem zbór albo kościół dla katolików. Chodzili się modlić do… najbliżej położonego. Czuję z nimi głęboką więź, bo oni już wtedy wychodzili z założenia, że religie są wtórne duchowości i obrządek nie ma znaczenia. Zatem jeśli najbliżej domu mieli kościół ormiański, to tam chadzali się modlić i o nim mówili: „nasz”. Bo najbliżej i bo oni go budowali. Kolejne pokolenie mogło to zinterpretować: „nasz, bo jesteśmy potomkami Ormian” i cała historia nabiera zupełnie innego wyjaśnienia.

Oczywiście nie wszystkie przekłamania wynikały z rozdętego ego i cierpiącej niczym wąż, któremu nadepnięto na ogon, manii wielkości. Czasami były rezultatem wiary w opowieści z dzieciństwa. Czasem – niewłaściwej interpretacji czyichś wypowiedzi. Ale im bardziej zastanawiałam się nad charakterami moich protoplastów, tym więcej odkrywałam w nich potrzeby koloryzowania i – co tu dużo mówić: zwykłego zmyślania dla dodania sobie ważności.

Przyszedł taki dzień, że zupełnie jak Harry Potter zadałam sobie pytanie: „Kim ja właściwie jestem?”. Czy naprawdę ma znaczenie, co robili moi przodkowie? Co posiadali? Gdzie mieszkali? Czym się trudnili? Przecież nie każdy syn króla zostaje królem. Nie każda córka mordercy skazana jest na więzienie. Rzadko kiedy dziecko mędrca zostaje mędrcem, wybitnego w swej dziedzinie naukowca czy artysty idzie w ślady rodzica, genialnego twórcy – zapisuje się własnymi odkryciami w historii ludzkości. Jaki sens ma obnoszenie się z dumą z osiągnięć dziadów, skoro każdy powie, że nie odpowiadamy za zbrodnie popełnione przez babki?!?!

Niedowierzanie. Szok. Pustka. Zagubienie. Próba odnalezienia się w odkrytej historii. A potem głęboka ulga. Że nie muszę się z nikim ścigać. Nikomu dorównać. Że tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia, co robili moi przodkowie. Jedyne znaczenie ma to, co robię ja. Jak żyję. Czego doświadczam. I jakie uznaję wartości.

I właściwie nawet mnie nie obchodzi, czy to się komuś spodoba, czy nie.