13 grudnia

Wtedy też to była niedziela. Tylko biała, ze śniegiem i mrozem. Późno w nocy skończyłam z Tatui sprzątać mieszkanie po malowaniu. Dostałam swój własny pokój. Jeszcze nie zdążyliśmy powiesić firanek, więc widziałam zapalające się w nocy światła w sąsiednim bloku. Paliły się aż do rana.

Rano ojciec pojechał do Kolumny po Key. Od jakiegoś czasu była tam w prewentorium dla dzieci z wadami kręgosłupa. Zostałam sama w domu i cholernie się bałam, bo „stan wojenny” kojarzył mi się tylko z wojną. Taką jak w Czterech Pancernych. Ojciec miał jakąś specjalną legitymację, dzięki której w ogóle mógł wyjechać poza miasto. Pociągiem – nie mieliśmy samochodu. A ja czekałam – teoretycznie na Madre, bo to były jej urodziny i miała do nas przyjechać. Akurat miała od jakiegoś czasu przerwę w życiu rodzinnym i mieszkała w Łodzi. Na oknie, za zasłonką, stał w wazonie czerwony, urodzinowy goździk, bo innych kwiatów w kwiaciarni nie mieli.

Potem działy się różne rzeczy. W Pabianicach nie było czołgów na ulicach, ale stał jeden taki pancerniak na wylocie z miasta, koło cmentarza. Widziałam go podczas pogrzebu dziadka, który umarł w styczniu. Zamknęli szkoły. Wszyscy cieszyliśmy się z nadprogramowych ferii. Potem ojciec był bardzo rozczarowany moją niedojrzałą postawą – zupełnie nie taką, jak jednego dziecięcego autora notki w pewnej młodzieżowej gazecie.

Na szafie na wprost wejścia do mieszkania, wisiał kalendarz z Trzema Krzyżami. Sąsiadki ciągle pytały, czy nie boimy się tej ostentacji…

Nie sądziłam, że 39 lat później znowu trzeba będzie wyjść na ulice w proteście przeciw łamiącej prawo i demokrację władzy…