Last minute

No i proszę – nawet ja popełniam błędy!

Prezentowa satysfakcja okazała się przedwczesna, bo jakimś cudem pojawiły się jeszcze dwie czy trzy pozycje… A, już wiem! Panicze skutecznie oprotestowali mikołajki… Że oni te potencjalne pomarańcze, to mają w odwrotnym poważaniu i nie reflektują. Bo nie jedzą. Potem wprawdzie okazało się, że głównie BlueBoy – Kuba owszem, z przyjemnością, tylko trzeba mu obrać i podzielić na kawałki. Ale było za późno, jako że z małżonkiem podjęliśmy last minute, czyli tak koło północy piątego, decyzję o relokacji po jednym prezencie gwiazdkowym do mikołajkowej skarpety. Oj no mówiłam, że rozpuszczeni są, więc może nie drążmy tematu.

W wyniku powyższych czynności zabrakło nam prezentu pod choinkę i trzeba było coś wymyślić. I tu właśnie popełniłam błąd, ale częściowo usprawiedliwiony.

Mój zasiłek oraz pensja Pitera przychodzą koło dwudziestego. Więc ja sobie wymyśliłam, że jeśli zamówię w empiku te brakujące prezenty, to będą do odbioru tak jakoś właśnie. A ponieważ szkoda nam było pieniędzy na przesyłkę pobraniową, zamówiłam z płatnością przy odbiorze w salonie. No i wszystko się ładnie zgrało, chociaż musiałam przedłużać termin odbioru, ponieważ empik był uprzejmy podzielić moje zamówienie na części. Tylko przegapiłam jeden drobiazg. Że tam będą tłumy. I kolejki. Najpierw żeby w ogóle wejść, bo wpuszczają po pięć osób, a potem do kasy…

Jasne, że można było poczekać ze składaniem zamówienia na pieniądze i opłacić dostawę do domu. Ale wtedy przesyłka mogłaby dojść po Świętach. A ja nikomu, ale to nikomu, włączając Niunię, Key i Tatui, nie życzę Wigilii z rozczarowanym Jakubem. Nikomu.

Zatem dziś skoro świt, czyli po mojemu: tak tuż przed dziewiątą, pojechaliśmy z Piterem do empiku po odbiór naszych zamówień. Były trzy osoby, ale i tak zorganizowaliśmy korek, bo zrobiło mi się trochę słabo i wyszłam na powietrze, jak raz z telefonem, w którym był link do promocji na dwadzieścia procent. No przecież nie możemy zrezygnować z dwudziestu procent rabatu, na litość boską!!!

I Piter musiał wyjść z tego empiku, znaleźć mnie na zewnątrz, wrócić ze mną i moim telefonem, tam już się kolejka przy kasie zrobiła, jednoosobowa, ale za to konkretna, bo pani kasjerka z dobry kwadrans wyjaśniała obrazowo panu klientowi korzyści płynące z założenia sobie jakiejś tam empikowej karty czy konta.

A tu nam licznik bije, bo za pięć dwunasta, znaczy dziesiąta. A o dziesiątej – jak pamiętamy – zaczyna się dwugodzinna godzina dla seniorów… A my jeszcze musimy zdążyć do Biedronki na drugiej dzielni…

Ja ostatnio to tak bardziej z przyzwyczajenia żyję, więc dojście do samochodu zajmuje mi pół godziny. Nawet jak ten samochód stoi tuż pod drzwiami, a co dopiero na tescowym parkingu. I właśnie dlatego mój mąż dostał metaforycznego zawału pod tą kasą, bo mu się od jedenastej kole zaczynają i nie da rady wyskoczyć do Biedronki po rybę. A ryba być musi, ponieważ wczoraj obiecaliśmy Jakubowi łososia na kolację. I nikt nie ma siły, żeby stawić czoła zmianie menu, spowodowanej lekkomyślnością jego matki. Znaczy matki Jakuba, nie że łososia.

A, kole od call… telco… telekonferencji… – tak dla jasności.

I ja już wiem, że są Święta, bo nie dość, że te pieniądze przyszły i zdążyłam odebrać zapasowe prezenty dla chłopaków, to na dodatek kasa obok się zwolniła i sfinalizowaliśmy zakup z dwudziestorabatową zniżką (czy jakoś tak… powinnam chyba napisać dwudziestoprocentowym rabatem, nie?), to UWAGA! zdążyliśmy przed seniorami do Biedronki!!! W dodatku oprócz łososia nabyliśmy szynkę do pieczenia, na którą już straciłam nadzieje. I będę mogła wrzucić do Oberżyny przepis na szynkę z Biedronki, której resztki są mi bardzo potrzebne do cudownego rozdziału: „Nie wyrzucam po Świętach jedzenia.”.

A teraz idę odpocząć, bo mi się resztki oparów energii wyczerpały, no a ten łosoś jednak sam się do piekarnika nie zapakuje za jakieś trzy godziny.