BonBon

Nie, no ja to zawsze muszę coś odstawić… Nie byłabym sobą, gdybym nie wpadła na jakiś idiotyczny pomysł… Słowo daję – nie mam do siebie siły!

A wszystko już tak pięknie szło! Ze względu na kameralny charakter najbliższych Świąt zrezygnowaliśmy z kupowania włoskich babek – wystarczy nam własnoręcznie wyprodukowany placek drożdżowy. Allegro dostarczyło niezmiernie pożądanych w Święta pralinek Witor’s. Piter pojechał po wino do pana Maćka i przy okazji nabył torrone z pistacjami. I kiedy już właściwie pozostało nam jedynie ustalić: pijemy Martini Prosecco czyste, czy robimy Tintoretto, ja sobie przypomniałam Strzelające Bonbony…

No strzelające. Przy otwieraniu. Robią bardziej takie pyk! niż bum! i kochają je wszystkie dzieci.

Przynajmniej moje, ale siostrzeńcom też się podobały jednego roku.

Oczywiście mocno zapragnęłam tych cukierków. Tylko nie mogłam sobie przypomnieć jak się nazywają…

Kilka lat temu obdarowała nas nimi fryzjerka, do której wówczas chodziliśmy, więc odpadało szukanie w ulubionym sklepie.

Monia mówiła, że u nich, we Francji, pełno ich przed Bożym Narodzeniem.

I wreszcie mam!

Revillon chocolatier Papillotes Pétards

Nawet znalazłam na francuskim Amazonie, bo jednak do jakiegoś lokalnego Carrefoura nie mam szans dojechać.

Tylko niestety zrobienie zakupów we francuskojęzycznym sklepie wykracza poza moje lingwistyczne możliwości.

Zatem jeśli ktoś chciałby mi zrobić prezent i kupić za niecałe osiem eurini paczkę wybuchowych cuksów we Francji, to proszę o kontakt na priv. Płacę przelewem, z góry.

Chyba jednak pójdę do kuchni, sprawdzić, czy nie powinnam się zająć jakąś pożyteczną robotą…