Świąteczny zawód

No więc słuchajcie, to jest TAK ŚMIESZNE, że pierwszy raz w życiu żałuję, że ograniczam się do pisania i nie mam pojęcia o tych lajwach czy tam innych relacjach na żywo. Chyba muszę się podszkolić. Nie żeby od razu was zalewać niagarą „część kochani, co tam u was?”, ale od czasu do czasu, jak się coś ciekawego dzieje, a człowiek nie ma czasu stukać w klawiaturę, to by się przydał jakiś kanał szybkiego kontaktu.

Jak może zauważyliście mamy przedświąteczną końcówkę, zwaną również maskarą pani domu, czyli czas przygotowania tego wszystkiego, czego nie można przygotować wcześniej i zamrozić.

No i ja od wczoraj znowu mieszkam w kuchni, co jest pewnym utrudnieniem, bo tam mało jest miejsca na łóżko rehabilitacyjne, a mnie się skończył AcuLife (czyli te plastry przeciwbólowe dla koni). Ale ponieważ panicze udają, że się jeszcze uczą, a Mąż Dyrektor wisi nieustannie na Śledzikach On-Line, dla niepoznaki nazywanych „pożarem u klienta” albo „kryzysową sytuacją z zamówieniem”, to ktoś musi te makowce i sałatki produkować. A jeszcze dzisiaj i jutro zjadą mi zamówienia w postaci indyka, szynki i faszerowanego uszkami pstrąga.

No błagam… Nie sądziliście chyba, że ja kleję uszka… Kopytkami???

Tu suka rozpruła kawałek ściany, tam Last Christmas leci, ja się zastanawiam, co z tą choinką, makowiec mi się rozwinął, marchewka prawie rozgotowała…

I w tym wszystkim wchodzą moi panowie, i strasznie są zdziwieni:

Ale co masz na myśli mówiąc, że NIE MA OBIADU???