Życzenia świąteczne

Nie znosiłam dzielenia się opłatkiem. Nienawidziłam tego. Ze względu na to całe obcałowywanie. No i na życzenia.

Całe życie, bo od dzieciństwa, zastanawiało mnie to, że pod pretekstem miłej, rodzinnej atmosfery, pod bożonarodzeniowym drzewkiem wykluwają się najgorsze oblicza rodziców, babć i dziadków oraz szeregu ciotek, wujków i kuzynów. Jakby tylko czekały na ten moment, kiedy człowiek rozbrojony kolędami i migającymi światełkami, oczadzony wonią kapusty, maku i piernika, staje się bezbronny wobec wysyłanych w jego kierunku celnych sztyletów.

Dlaczego zawsze, ale to zawsze, opłatkowi towarzyszą największe nasze zmory? I czy oni, ta droga rodzina, zapisują sobie przez cały rok, czym by tu nam najdotkliwiej przywalić?

Pamiętacie swoje? Ja pamiętam. Mimo tylu lat i zbudowanej wreszcie odporności, nie mogę zapomnieć.

„Samych piątek!” – kiedy naprawdę czerwony pasek był dla mnie totalnym idiotyzmem.

„No a kiedy twoja kolej?” – gdy młodsza siostra przyjeżdżała na Święta z narzeczonym.

„Żebyś wreszcie może poszła do jakiejś pracy..” – kiedy już wiedziałam, że do żadnej pracy nie wrócę, bo przy dwóch autystycznych synach i żadnej pomocy z zewnątrz, po prostu się nie da.

„No i żebyś wreszcie schudła…” – a ty tyjesz od powietrza, bo skrajną niedoczynność tarczycy zdiagnozują ci dopiero za pięć lat.

„Może wreszcie skończysz jakieś studia?” – po tym, jak już wiedziałam, że to mało prawdopodobne.

Zadziwiające, jak często pojawia się tu słówko „wreszcie”. Jakby cała energia drogiej rodziny koncentrowała się na zmuszeniu nas do spełnienia ich marzeń dotyczących naszego życia…

I nikogo tak naprawdę nie obchodziło, czy ja mam ochotę sobie kogoś znajdować, iść do pracy albo kończyć te studia. A jeszcze mniej atencji poświęcali refleksji, czy aby moja waga nie jest skutkiem choroby, a do siedzenia w domu sami się nieco nie przyczyniają udając, że przecież życie z dwójką autystycznych dzieci wygląda tak samo, jak z neurotypowymi a ja się po prostu opieprzam, chowając za pretekstem niepełnosprawnych (podobno) potomków.

Janina (janina.daily) zsynchronizowała się mi z tym postem, poruszając temat w szerszym spektrum i dodając do niego znane wszystkim z doświadczenia przykłady życzenia powiększenia (wreszcie!) rodziny parom, mającym w tej kwestii problem, czy uwagi o zbyt ponurym usposobieniu kierowane do osób w przewlekłej depresji. Polecam jej profil i #nigdyniewiesz. Moja wyobraźnia jest za mała, aby pomieścić wszystkie upokorzenia smakowicie przygotowywane przez rodziny na wigilijny wieczór.

Alternatywą dla wielu jest głupkowate: „No nie wiem, czego ci tu… Zdrowia, zdrowia i jeszcze raz pieniędzy!”. I może za pierwszym razem, gdzieś tam w epoce jaskiniowej, to mogło (podkreślam: mogło) być śmieszne, ale słyszane po raz setny nie tylko nie bawi, ale powoduje niepohamowaną potrzebę sięgnięcia po zmrożoną wódkę do śledzia, chociaż wódki używa się wyłącznie do dezynfekcji. Ale może coś w tym jest, bo takie teksty dezynfekcji wymagają i to niezwłocznie.

Dlatego pewnego roku, kiedy Wigilia odbywała się u nas, zerwałam z tradycją i zasadniczo zabroniłam składania sobie życzeń. Jako pani domu wzięłam ten nieszczęsny opłatek, złożyłam wszystkim życzenia i połamałam się z każdym już bez wymyślania nonsensów.

Część gości odetchnęła z ulgą. Kilka osób i tak postanowiło wykazać się erudycją (nie wiem – może wymyślali nocami te życzenia i szkoda im ich było?). Potrzebny był do tego lekki zamordyzm, a ja doszłam do takiego etapu, że było mi wszystko jedno, co ludzie powiedzą.

I tak zostało.

Z grubsza.

Czego i Państwu życzę.