Zimowy spacer.

Mamy taką świąteczną tradycję, że idziemy wszyscy na spacer. Na ogół wybieraliśmy się do Łazienek lub Parku w Wilanowie, ale zdarzało się, że kiedy Boże Narodzenie było wybitnie po wodzie – na dodatek padającej z nieba, zamiast spaceru robiliśmy samochodową przejażdżkę po mieście. W miarę komfortowo oglądaliśmy sobie wtedy przez okna choinki, światełka i dekoracje ulic.

I tak wczoraj dość lekkomyślnie wpakowaliśmy się w gigantyczny korek na Starym Mieście. Dość dokładnie mogliśmy dzięki temu obejrzeć Podwale i snujące ciemnymi ulicami między Hotelem Victoria a Placem Zamkowym tłumy. I powiem wam, że mimo trzech miejscówek, niespodziewanie zwalniających się nam pod samym nosem, ani przez chwilę nie zapałaliśmy ochotą do zostawienia samochodu i wciśnięcia się w tę migoczącą psychodelicznymi balonikami (to chyba hit sprzedaży tegorocznych świąt) ciżbę. Ciemno, zimno i tłoczno – naprawdę nie znajduję w tym przyjemności.

Dziś dla odmiany było oślepiająco jasno, chociaż nadal mroźno. Ale to słońce sprawiło, że zwołałam niepospolite ruszenie. Się z domu. I chociaż nasz spacer ograniczył się do czterdziestu minut po coraz mniej dzikich polach, to jestem z siebie dumna. Bo tylko ja wiem, ile mnie kosztowało to wyjście z domu.

I kiedy tak szliśmy, usiłując nadążyć za naszą sukopatką, i najpierw przeraźliwie zamarzały mi nogi, a potem dla odmiany postanowiły się ugotować, pomyślałam, jak bardzo zmieniło się… w sumie wszystko… w moim życiu. Przecież kiedyś nie woziłam tyłka samochodem, tylko zimą normalnie marzłam na przystankach tramwajowych. I trzeba było dojść gdzieś tam na nogach. I targać te toboły z zakupami z drugiego końca miasta, bo w pobliżu domu nie można było kupić przyzwoitych ziemniaków (albo i w ogóle żadnych). A potem nie siadało się przed kominkiem, tylko co najwyżej wieszało przemoczone rękawiczki na kaloryferze.

I warto o tym pamiętać, kiedy miewa się wszystkiego dość i uważa, że życie daje nam w kość tak bardzo, że na nic się nie ma ochoty. Bo jednak nie muszę tłuc się z autystycznymi dziećmi zatłoczonym autobusem, jeśli nie mamy ochoty na wychodzenie w mrok i ziąb na zewnątrz, to po prostu siedzimy sobie w domu, a suka może i jest szurnięta – ale niby jaka ma być, skoro podobno pies upodabnia się do swojej rodziny?