Urząd na miarę XXI wieku.

Po co – waszym zdaniem – jest urząd orzecznika ds. niepełnosprawności? No urząd jako instytucja? Że niby co on robi? I dla kogo?

Bez względu na to, jakiej udzieliliście odpowiedzi, powiem wam: NIE. Absolutnie NIE. NIE o to chodzi.

Ktoś naiwny, albo mieszkający w takiej Holandii czy innej cywilizacji dwudziestego pierwszego wieku, pomyślałby, że jest to instytucja dla osób z niesprawnościami, powołana żeby im pomagać. No więc nie. Obawiam się, że jedynym powodem istnienia tego urzędu są jakieś idiotyczne wymagania unijne oraz konieczność stworzenia miejsc pracy dla szeregu znajomych i powinowatych. Natomiast osoby niepełnosprawne oraz ich rodziny przeżywają traumę za każdym razem, kiedy muszą mieć z nim do czynienia.

Tym razem nie będę pisać o orzeczniku i jego absurdalnych decyzjach uzdrawiających cudownie z nieuleczalnego. Taki tam drobiazg. Skończyła się ważność orzeczenia i trzeba wystąpić o nowe. Ze względu na pandemię zalecane jest zrobienie tego on-line. Zatem po raz kolejny zbieramy papiery. Zbieramy te papiery, mimo że w urzędzie nasi synowie mają wystarczająco grubą kartotekę, jako że o orzeczenie występujemy od kilku lat i za każdym razem trzeba dostarczyć ten sam komplet zaświadczeń, orzeczeń i diagnoz. W przypadku Kuby całkowicie wystarczyłby jeden świstek z tekstem: „Tak, nadal jest autystyczny i niesamodzielny.”, ale to szczegół.

Tym razem rzecz dotyczy BlueBoya. Zatem wysyłamy pocztą zaświadczenia, opinie i diagnozy. Mniej więcej po miesiącu z kawałkiem przychodzi urzędowe pismo z wezwaniem do uzupełnienia dokumentacji, ponieważ część nie była oryginałami lub potwierdzonymi kopiami.

No może i tak. Ja tego nie rozumiem, bo nawet te niepotwierdzone kopie to są jednak dokumenty z pieczątką i podpisem, a także odpowiednim numerem ewidencyjnym z danej przychodni, poradni czy tam innej odpowiedniej instytucji. Ale orzecznik życzy sobie oryginałów lub potwierdzonych kopii. No to ja pytam: przez kogo, na litość boską???

Normalnie wzięłoby się te oryginały na wizytę i ewentualnie okazało. Przywykliśmy do tachania ze sobą wszędzie grubych jak cegła segregatorów z dwudziestoletnią dokumentacją. Co najwyżej Piter mamrocze pod nosem inwektywy pod adresem utrzymywanego z naszych podatków archiwum, w którym znajdują się wszystkie złożone (po kilka razy) uprzednio dokumenty chłopaków. Ale nie jest normalnie, jakkolwiek to słowo orzecznik interpretuje (bo tu też bym podyskutowała). Mamy pandemię i orzeczenia wystawiane są zaocznie, bez udziału petenta.

Moim zdaniem niewiele to zmienia, bo udział petenta bywa idiotyczny. Ale to sobie zostawię na inną okazję. Fakt, że nie mamy możliwości okazania oryginałów sprawia, że podrywa nas wspomniane wezwanie do uzupełnienia z rygorem unieważnienia złożonego wniosku.

Mamy czas do zakończenia stanu epidemii, ale ponieważ w tym kraju nikt nie wie, jaki jest status rządowych rozporządzeń, a my nie chcielibyśmy dowiedzieć się, że musimy zwrócić bezpodstawnie pobrane świadczenia za pięć lat z odsetkami, bo to nie była urzędowo pandemia tylko katar, decydujemy się uzupełnić nieuzupełnione od ręki. I wprawdzie orzecznik sugeruje przesłanie oryginałów „do wglądu”, ale… jak by to ująć… nasze zaufanie do urzędu nie pozwala nam pozbyć się jedynych posiadanych oryginałów ważnych, bądź co bądź, dokumentów.

Poza tym nie mamy pojęcia, które z wysłanych załączników nie są wystarczająco oryginalne, więc nie wiemy, co mamy uzupełnić.

Piter dzwoni do urzędu.

Pani też nie wie.

Ej, no! DODZWONIŁ SIĘ!!! Doceńcie!!!

Zatem dodzwonił się, pani nie wie, których dokumentów dotyczy wezwanie i sugeruje, żeby przyjechać z segregatorami do okienka. To pani w okienku sobie odnajdzie i potwierdzi zgodność.

Szczęścia życzę.

Piter pracuje, więc kurs do urzędu wyznacza na skoro świt, czyli ósmą rano. Jadą z BlueBoyem i… lądują na końcu wieloosobowej kolejki. Przed budynkiem, bo z powodu epidemii poczekalnia jest zamknięta i do środka wpuszczają po dwie osoby.

Jest zimno. Pada deszcz. A ty czekasz z autystą na ulicy.

Dobrze, że z BB. Z Kubą w ogóle czekanie nie wchodziło by w grę. ŻADNE.

Tak dla przypomnienia: to jest instytucja dla osób z niesprawnościami. Przewlekle chorych. Z dysfunkcjami. Często niesamodzielnych i muszących skorzystać z czyjejś pomocy przy wyprawie (tak, właśnie wyprawie) do urzędu. Albo autystów, absolutnie nie będących w stanie CZEKAĆ.

Po piątej wchodzącej osobie zrezygnowali i zmarznięci wrócili do domu. Będą próbować o innej godzinie.

A ja się modlę, żeby któryś nie złapał przeziębienia, bo teraz byle kaszlnięcie interpretowane jest jako COVID.

Urząd orzecznika ds. niepełnosprawności. Instytucja dla osób niepełnosprawnych. W której nie można zdalnie załatwić wszystkich formalności. Która nie przewiduje opcji zdalnego numerka z wyznaczonym przedziałem czasowym. W dwudziestym pierwszym wieku, kiedy on-line można kupić bilet wstępu na określoną godzinę do parku.

Ale Francuzów uczyliśmy jeść widelcem, a w UK ratujemy zakorkowanych na autostradzie kierowców ciężarówek…