Bilansik

Powiedzcie, ale tak szczerze: podsumowujecie? Ja bilansów nienawidziłam od zawsze. Pewnie dlatego, że ojciec mi je kazał robić co roku, od przedszkola, i nigdy moje roczne osiągnięcia nie spełniały jego oczekiwań. Ba! Nie lądowały nawet w poczekalni do poczekalni ewentualnych adeptów zauważenia. Sądzę, że powinien mi płacić za terapię, ale chyba sobie odpuszczę, bo jakiekolwiek rozmowy z nim wpędzają mnie w jeszcze większą niestabilność emocjonalną i kompletnie nie umiem się określić, czy bardziej jestem wściekła, czy jednak rozżalona. To po co mi to?

Mijający rok był niezwykle interesujący. Wiem, że spodziewaliście się raczej innych określeń, i owszem: był również trudny, męczący, stawiał wyzwania, ale przede wszystkim był interesujący. Bo poza wszystkim, co przyniosła pandemia, wypełniony był ogromem pracy poznawczej. Dla rozwiania wątpliwości dodam, że mojej pracy i ja poznawałam. Przeczytałam kilkanaście podręczników, odrobiłam kilka szkoleń i seminariów, przestałam liczyć webinary i pomniejsze lajwy szkoleniowe. Dowiedziałam się maaaasyyyyy rzeczy o rzeczach, o których nie miałam pojęcia i wyprostowałam postrzeganie innych, co do których – jak się okazało – pojęcie miałam błędne. Ale przede wszystkim odkryłam kopalnię wiedzy o sobie. O swoich motywacjach i wyborach. I chociaż nadal nie mam bladego pojęcia, czego chcę czym mogłabym się konstruktywnie zająć, to pewien postęp poczyniłam, ponieważ z całą pewnością wiem, czego robić nie chcę.

Może trochę tu zamotałam, w rzeczywistości wszystko jest o wiele prostsze i klarowniejsze. I realizowalne. Muszę jeszcze jedynie wyzerować chore ambicje i uwolnić się od resztek aspiracji i będę w domu.

Nie jestem do końca pewna, czy to oznacza wariant z czarną kiecką, ale w sumie… co za różnica? Dalsza pogoń za króliczkiem wykończyłaby mnie z całą pewnością, a ty przynajmniej mam cień cienia szansy, że jak sobie poodpuszczam to może marnie, ale jednak przeżyję.

A ponieważ ja sobie za grosz nie wierzę, to sądzę że najdalej gdzieś w połowie kwietnia przyjdę do Pitera z tradycyjnym: „Słuchaj, co byś powiedział, gdybyśmy…”. I mam nadzieję, że on to przyjmie z godnością i na tyle stoickim spokojem, na ile mu pozwoli ponad dwudziestoletnie doświadczenie bycia moim mężem.