Wojna

Mamy stan wojny. Póki co nie w Polsce, tylko na Marcepanowej, ale wiecie… pożar zawsze zaczyna się od jednej, niewinnie wyglądającej iskierki, więc ja bym spokojnie nie spała…

Zresztą właśnie o niespanie idzie. Możliwe, że mało spójna będzie moja dzisiejsza wypowiedź, ale mamy właśnie trzeci miesiąc mojego niespania. Nie zarywania nocy tylko właśnie niespania. No to sorry, ale cudów logiki i spójności wypowiedzi raczej się po mnie nie spodziewajcie.

Cały cyrk zaczął się mniej więcej rok temu i trwa z przerwami do tej pory. Podejrzewam, że to skutek przewlekłego stresu i wyczerpania organizmu, bo lekarze niczego konkretnego nie byli w stanie znaleźć. Czyli są objawy, ale nie wiadomo co je powoduje. No klasyka w moim przypadku.

Nie działa nic, co dotychczas działało. Żadne plastry, ziółka, spacery czy co tam. Z kolei w barbiturany ja bym iść nie chciała, bo przy mojej skłonności do uzależnień słabo widzę jakąś dalszą perspektywę życiową. A parę rzeczy mam jeszcze na liście, więc… no…

W zasadzie i zdrowy człowiek mógłby mieć problem ze spaniem, gdyby po trzydziestu latach ostrej nerwówy i dwóch dekadach permanentnego stresu życia z autystycznymi dziećmi, miał od roku codziennie, powtórzę: codziennie, wieczorem awanturę. Powód jest nieważny, to zaledwie pretekst. Natomiast odnoszę wrażenie, że trwa tu jakiś konkurs, w który nie zostałam wtajemniczona, a główna rywalizacja o miejsce na podium rozgrywa się między Piterem a BlueBoyem, z okazjonalnym uczestnictwem Luny. Kuba, z oczywistych względów, jest poza konkurencją.

Panowie dają sobie zmiany i raz jeden mi funduje niezapomniane atrakcje w nocy, raz drugi. Przy czym oni oczywiście idą sobie spokojnie spać, a ja do rana schodzę. A że charaktery mają genetycznie uwarunkowane, to bez względu na to, którego kolej, schemat mamy dość podobny.

Zatem sytuacja jest taka, że oni po występie idą spać, ja się męczę do świtu i jak wreszcie udaje mi się zasnąć, tak koło czwartej trzydzieści, niemal natychmiast Kuba (nie oszczędzając drzwi i włączników światła) idzie do łazienki, a tuż po tym zaczyna się piszczenie suki pod drzwiami.

Bo suka dochodzi do wniosku, że skoro tam na górze rozpoczął się ruch, to trzeba przypomnieć o swoim istnieniu.

Śpimy w zamkniętych pokojach. Był wprawdzie pomysł, żeby ją wpuszczać, ale po rozszarpaniu na strzępy błękitnej Emmy – pluszowego króliczka BlueBoya, przywróciliśmy szlaban na wchodzenie do naszych sypialni. Mnie by to nie przeszkadzało, gdyby ona po prostu spała, nawet na moim łóżku (NAPRAWDĘ NIE WIERZĘ, ŻE TO NAPISAŁAM!!!), ale niestety nie mamy gwarancji, że tego spania nie urozmaici sobie przegryzaniem kabli, a ja jednak jestem przywiązana do mojego laptopa i ładowarki do telefonu.

Czyli wszyscy śpią, Kuba idzie do łazienki, Luna piszczy pod drzwiami.

Przez kwadrans.

Tuż po tym, jak właśnie udało mi się zasnąć po iluś tam godzinach stabilizowania rytmu serca i wyrównywania oddechu.

NIKT nie ruszy dupy.

No bo przecież po co?

Co by to ruszenie zmieniło? No to, że wprawdzie obudziłabym się, ale wiedząc, że ktoś do suki raczy wyjść i zabrać ją na dół, to miałabym szansę ponownie zasnąć. A jeśli nikt nie wstanie i ja to muszę zrobić, to o jakimkolwiek dalszym spaniu mogę zapomnieć. I naprawdę niczego nie zmienia fakt, że Luna pogoniona na dół, na ogół na tym dole zostaje aż do rana.

To jest wojna.

Zasadniczo nie potrzebuję wrogów ani wyniszczającej choroby, żeby mnie szlag trafił przy mojej rodzinie.