Stolik do puzzli

Pamiętacie naszą rozmowę o przyciąganiu? Tę, w której ja mówiłam o uruchamianiu mocy wszechświata, a wy mnie przekonywaliście, że to zwykłe algorytmy? No to dodam kolejny rozdział.

Wypatrzyłam ten stolik jeszcze przed ubiegłorocznymi wakacjami. Nie jestem pewna: przy kawiarni Van Gogha, czy już to była Wenus Botticelliego, ale wiem na pewno, że wpadł mi w oko na Pinterest. Oczywiście rzuciłam się do kompa w poszukiwaniu sklepu. I nawet znalazłam. Amerykański Amazon. Cena mnie zabiła, ale koncepcja zaczęła zapuszczać korzenie.

Przeszukałam cały Internet i znalazłam jeszcze kilka ofert – głównie w Stanach i UK. Z ceną zdecydowanie pozostającą zarówno poza moimi możliwościami, jak i zdrowym rozsądkiem. Trafiłam nawet na stronę producenta. Out of stock.

Na tych zagranicznych Amazonach było kilka innych, podobnych produktów, ale ten konkretny podobał mi się najbardziej. I ten właśnie chciałam! BARDZO chciałam. A jak ja czegoś bardzo chcę, to współczuję Mocom Wszechświata, bo czasami naprawdę łatwiej bym im było znaleźć tego jednorożca. Niestety asortyment się wyprzedał i koniec.

Nie chciałam MATY DO PUZZLI. Mam matę. Nawet dwie. Owszem – można je zwinąć, ale wymagają miejsca na rozwinięcie. Nie chciałam TECZKI. Mam teczkę. Jest świetna do przechowywania ułożonych puzzli. Zresztą do ich układania też. Ale nadal wymaga miejsca do rozłożenia, a właśnie z tym miejscem jest u mnie problem. Bo ja mieszkam w naprawdę małym, kompaktowym szeregowcu, w którym pokoje mają po jedenaście metrów, a salon ledwo dobija do szesnastu. Na dodatek grasuje tu wszystkożerna suka, która jednego, w części ułożonego puzzla już mi skasowała. Potrzebowałam STOLIKA! Na kółkach. Z regulowanym blatem. Którym mogłabym podjechać pod fotel, krzesło czy nawet łóżko i tak ustawić pulpit, żeby mi do reszty nie wysiadł kręgosłup!

Minęło kilka miesięcy, ja nieco zarzuciłam układanie puzzli – nawet nie wiem z jakiego powodu. Rozgrzebane Słoneczniki walały się po moim pokoju niebezpiecznie narażając na pożarcie przez kozokotosukę. Pewnego dnia, tuż przez końcem roku, obudziłam się z dziwnym uczuciem, że muszę włączyć komputer i wyguglować ten stolik, co nie miało najmniejszego sensu, bo stoliki się skończyły, a poza tym miały idiotyczną cenę, za którą można by było – dajmy na to – kupić zbiornik betonowy na szambo na wieś.

Włączam ten komputer, bo nauczona życiowym doświadczeniem przestałam dyskutować z Moim Wewnętrznym Jo.

Wpisuję w Google: stolik do układania puzzli Jigsaw.

Wyświetla mi się oferta na OLX. Za jedną czwartą ceny rynkowej.

Ej, Jo – to musi być fejk… – powiedziałam sobie. Ale Wiedźma we mnie nie odpuściła i kazała zamawiać.

Sprzedająca napisała, że nie korzysta z płatności OLX i że mi poda numer konta do przelewu.

OLX zawył alarmem o możliwym wyłudzeniu.

Zastanawiałam się przez chwilę, ale ja już byłam narkomanką na głodzie, zbyt długo czekającym na kolejny tom Wiedźmina molem książkowym, ogrodnikiem stojącym u bram otwieranej po zimowej przerwie szkółki roślin, dziewiarką, której zabrakło połowy motka włóczki na czapkę… W sumie to równowartość jednej pary butów… Albo takiej tańszej mojej torebki…

Zapłaciłam.

Przesyłka miała wyjść w poniedziałek.

W poniedziałek wieczorem dostałam wiadomość, że kurier wcześniej skończył pracę i czy może być jutro.

Nie rozmawiajmy o tym, co sobie wtedy pomyślałam, OK?

I wczoraj, koło południa, listonosz zadzwonił dwa razy.

Proszę państwa, wracamy do gry!