Prace domowe

Ja wiem, że jak mąż mówi, że zrobi, to zrobi i nie trzeba mu co pół roku ciągle przypominać. Ale minęło sześć lat odkąd zamieszkaliśmy w domu „do wykończenia” i coraz częściej miewam nader niekorzystne skojarzenia z prowizorką a la Lonek. A ponieważ nocami nie śpię, to raz, że myślę, a dwa: bywam poirytowana zwykłymi sprawami, jak na przykład niewykończone ściany.

Bo do tej pory mamy niewykończone ściany, przy połączeniu z podłogą.

Trochę tak się stało ze względu na świąteczną przerwę wykończeniową 2014 (która generalnie rzecz biorąc trwa do dziś…), trochę z powodu mojej niechęci do niedoskonałości. Bo miały być listwy – nawet są (o ile do czegoś się jeszcze nadają), leżą w garażu. Ale za cholerę nie pasowała mi taka listwa pod kominkiem, więc szukaliśmy jakiegoś kompromisu.

Zasadniczo kompromisem byłoby wykończenie kominka kamieniem – wtedy listwy mogłyby do tego kamienia dochodzić z obu stron. Ale na kamień nas nie stać, a poza tym przyzwyczailiśmy się do pomarańczowej terracotty i jesteśmy w impasie. Piter tradycyjnie wziął problem na przeczekanie, ale mnie zaczyna już nosić. Po tych sześciu latach z kawałkiem.

Postanowiłam zatem przynajmniej wypełnić rowy mariańskie wzdłuż ścian i w tym celu wymusiłam na rodzinie wycieczkę do OBI oraz zakup takiego czegoś z takim czymś. Albowiem wiele, wiele lat temu pracowałam przy renowacji pewnej willi we Włoszech i właśnie przy pomocy pistoletu z tym takim czymś, za przykładem Waltera, uzupełniałam ubytki w strukturze.

Walter robił stiuki… Ale JAKIE… Ciekawe, co się z nim teraz dzieje?

Wracając zaś do szczelin będących zapewne wrotami do równoległej rzeczywistości: zdecydowana na ich likwidację i uzbrojona w nabój z silikonem uniwersalnym oraz wątpliwej jakości (ale za to tanim) urządzeniem do wypchnięcia zawartości z tuby, zabrałam się za wypełnianie kilometrów dziur.

Mieszkanie w kompaktowym szeregowcu ma jednak pewne PLUSy!