Specjalne okazje, czyli barchany na co dzień.

Kupiłam sobie bieliznę.

Nie, spoko, będzie cenzuralnie i bez zdjęć!

Zaczęło się od tego, że robiłam porządki w szufladzie i przez myśl mi przemknęło, że chyba mam za małą szafę… A wiecie, co ja sądzę o za małych szafach, prawda?

Kilka dni później szykowałam ubranie na nadchodzącą wizytę u lekarza i… No powiem prawdę: rąbnął mnie grom z jasnego nieba, kiedy zatrzymałam się przy tej wypchanej po brzegi szufladzie z bielizną, zastanawiając się, który biustonosz nadaje się do lekarza… I nie – wcale nie z powodu, który teraz wywołał uśmieszek na waszych twarzach.

Bielizna zawsze byłą moją piętą achillesową. Bo najpierw byłam za chuda, potem za biedna, a na koniec roztyłam się tak, że jedyne co mi przychodziło do głowy w kwestiach podubraniowych, to były kupowane na hali sportowe opaski w rozmiarze wielokrotnego iks.

Robiłam parę podejść, ale zawsze kończyło się wydaniem kupy pieniędzy i moją rozpaczą, że to się do niczego nie nadaje. W rezultacie moja bieliźniana szuflada wypełniona była po brzegi bezkształtnymi workami w czerni, być może nadającymi się do szybkiej kremacji, ale budzącymi zastrzeżenia w kwestii pokazania ich lekarzowi.

No tak: nawet lekarzowi.

W tym całym nieszczęściu leżały sobie jakieś dwa komplety w miarę przyzwoite, których nie używałam, bo były na specjalne okazje. Bóg jeden wie, jakie by to miały być okazje, bo z wielu względów randki znajdują się u mnie w kategorii „archeologia wykopaliskowa”, a na plażę w ogóle nie chodzę. Jedynie ten lekarz, u którego trzeba się rozebrać, burzy nieco mój relatywny negliżowy spokój. I nagle ta błyskawica rozświetlająca mroki mojego umysłu:

Czy ty na dobre sfiksowałaś kobieto???

Po kolei wyrzucam wszystkie barchanowe gacie i szmaty „do chodzenia po domu”. Wydałam wojnę znoszonym dżinsom i tiszertom, które jeszcze dadzą się założyć. Dla równowagi wywalam również rzeczy „po domu ich szkoda”.

90% czasu spędzam w domu. Ewentualnie na zakupach, spacerach z suką i chłopakami, wyrywając chwasty na polu…

90% życia spędzam w ciuchach „po domu”, a idąc do lekarza szukam w szafie czegoś, co nadaje się do pokazania.

Czy tylko ja uważam to za skrajny idiotyzm???

PS.

A TY?
Ile masz w domu ciuchów na specjalne okazje?
Jak często te specjalne okazje Ci się trafiają?