Ironia losu

Moi panowie całą trójką zadbali wieczorem o atrakcje, po których nie można zasnąć, więc nie śpię i ze zmęczenia zaczynam chyba lekko świrować… Bo na przykład myślę o ubraniach…

Mam czarne sandałki, ze dwie pary czółenek, botki i dwie pary kozaków. Torebek kilka – będzie ze cztery… Dwa cienkie czarne płaszcze. I na dodatek kapelusz. To oczywiście pogrzeb trafia mi się podczas czternastostopniowego mrozu… No przecież…

Pozostają stare zimowe buty z podwójnym ociepleniem i cholera wie co do nich. Jedyne czarne spodnie będące w moim posiadaniu, to niepierwszej nowości dżinsy. No bo przecież nie założę sukienki, kiedy od samego wyglądania przez okno mózg mi zamarza! A może już mi zamarzł?

Oni sobie oczywiście poszli spać, a ja się męczę. No ale nie ma takiej opcji żebym zasnęła.

Najpierw Piter wydarł się czule na sukę, która zapędziła się do jego pokoju (a ma zakaz wstępu, bo podgryza kable). Akurat zasypiałam, więc prawie poderwało mnie to na równe nogi.

Jak już wyrównałam oddech, to BB zaczął gadać do siebie za ścianą, więc o zaśnięciu nie było mowy.

Jak już BlueBoy się przymknął, oczywiście ciężko obrażony, że mu zwróciłam uwagę, to Kuba dla rozrywki pieprznął kilka razy drzwiami do łazienki i rechocząc radośnie coś tam sobie opowiadał o Muppetach.

Zatem oni śpią, a ja się zastanawiam, czy jakbym poszła na ten pogrzeb w szpilkach i sukience, to prędzej bym a) zamarzła b) umarła czy c) została zapakowana w kaftan i odwieziona do izolatki?

Jak myślicie?