Piszu-piszu, czyli: A niby po co?

Myślałam o tym, co napisałeś, Quackie. Wiesz, dla mnie pisanie jest jedyną formą funkcjonowania poza autystyczną rutyną chaosu. Ja nie mam koleżanek, z którymi się chodzi na kawę, znajomych z pracy czy zaprzyjaźnionych sąsiadów. Z rodziną to sam wiesz, jak u mnie… Całymi dniami siedzę sama i nie mam się do kogo odezwać. A jak już wreszcie pojawią się moi panowie, to Piter na ogół myślami nadal siedzi przy projektach, BB dupę truje o podyktowanie mu prac domowych, a Kuba doprowadza do obłędu tekstami o Noddym czy Atomówkach.

Pisanie jest jedynym sposobem na ćwiczenie w składaniu zdań innych, niż „JAAAN! Czy możesz się wreszcie przymknąć, na miłość boską?!”, albo „Nie, Kuba, Pippi nie jest psem, tylko szwedzką dziewczynką.”.

Pewnie kiedyś wspominałam o tym, jak po sześciu latach zamknięcia z dziećmi w domu, pojechałam na firmową imprezę Pitera do Bristolu i przez cały wieczór nie odezwałam się słowem, bo nie byłam w stanie sklecić jednego sensownego zdania.

Zatem piszę, być może dość maniakalnie, żeby nie zapomnieć jak się mówi. Żeby się podnieść z poziomu umysłowej ameby.

Czy ja powiedziałam, że mi się to udaje??? No to się nie czepiać! PAD też się uczy… I uczy… I uczy… A prezydent! A nawet prawnik po studiach! Nie?

Ostatecznie każdy startuje z innego poziomu. Nie zamierzam konkurować z blogerkami, które „w cywilu” są dziennikarkami czy wykładowcami akademickimi. Jestem odmóżdżoną intelektualnie kurą domową, siedzącą od ponad dwudziestu lat w domu, z autystycznymi dziećmi, i generalnie niemającą kontaktu z ludźmi. Więc błagam – darujmy sobie krytykę i wdeptywanie w glebę.

Nie, Quackie, to nie do ciebie… no przecież… Akurat ty jesteś jedną z nielicznych osób przeceniających moje możliwości 😀

Zapewne po części moje pisanie ma działanie terapeutyczne. Chociaż przypuszczam, że o ile mnie uwalnia od emocji, to komuś, kto to czyta, może zafundować traumę… Chociażby w postaci refleksji „Jezu… jaka ona jest głupia… Trzeba było nie wchodzić na tę stronę…”.

Trudno. No risc, no fun. A czasem przecież jakiś fun tu bywa. Chociaż nie wiem, jak długo jeszcze, bo BB się odgraża, że zacznie mi wystawiać faktury za użycie najlepszych tekstów (jego autorstwa…).

Poza tym pisanie wciąga. Jeśli robiliście poranne strony Julii Cameron to sami wiecie. Jak już się zacznie, to trudno przestać. A że jednak jakieś resztki trzeźwej oceny mi pozostały, to mam ogromny opór przed monetyzowaniem tej pisaniny. Zresztą może to nie tylko kwestia samooceny? Może po prostu pisanie, żeby komuś się to podobało i za to zapłacił, leży poza moim obszarem funkcjonowania?

No to SOBIE piszę. I pewnie już tak zostanie.

Ostatecznie przymusu nie ma – czytać nie trzeba.

A czasem wręcz się nie powinno 😀