O kalendarzach

Zawsze mnie bawiło (no ok, może nie zawsze, ale od dawna, więc jakby prawie zawsze), że Rzymianom – a potem połowie świata, zabrakło bogów i cesarzy i po prostu od września polecieli numerami. Świadczy to o tym, że wprawdzie byli waleczni i podbili cały starożytny świat (przynajmniej z naszej, europejskiej perspektywy),

Poza jedną osadą Gallów, rzecz jasna.

ale jednoczenie wyznawali zasadę: „Jest czas na łowienie ryb, i czas na suszenie sieci.”, co im – już jako Włochom – zostało do dziś.

Jestem bardzo przywiązana do rzymskiego kalendarza, w którym rok zaczyna się w marcu. Jasne, że dlatego, że się w marcu urodziłam i siłą rzeczy każdy kolejny rok zaczyna się dla mnie na wiosnę, ale sami pomyślcie: naprawdę widzicie sens w rozpoczynaniu roku w środku zimy??? Co innego na wiosnę, kiedy przyroda budzi się do życia i wszystko zaczyna się od nowa!

Całe to zamieszanie z kalendarzami brało się z karygodnej niesubordynacji Ziemi w obieganiu Słońca. Zamiast wyrobić się w konkretnej, całej liczbie dni, to tu urwała, tam urwała i wyszły jej jakieś ułamki. A potem się nagle okazywało, że równonoc wiosenna wypada raz jedenastego marca, a raz dwudziestego czwartego. I jak tu wyznaczyć Wielkanoc???

Zresztą w tym przypadku chrześcijanie akurat nie nabruździli (cóż za niespodzianka…), tylko przyczynili się do uporządkowania kalendarzowego bałaganu – zwłaszcza kiedy papieżowi spadł śnieg w śmigus dyngus, a dotychczasowe próby ustalenia jakiegoś unormowanego ogarnięcia rzeczywistości, nie przynosiły pożądanych rezultatów.

Ciekawe, jak by sobie z tym poradziła Konmari…

Kalendarz oparty na cyklu księżycowym był za krótki. Po dodaniu dodatkowych miesięcy – za długi. Przejście na kalendarz solarny nie rozwiązało problemu, bo po paru latach dał dniowy nadmiar. I wprawdzie Grzegorz XIII usunął dziesięć dni (wywołując tym sporo zamieszek oraz posądzenia, że na Lateranie zamieszkał Lucyfer), ale dość szybko odkryto pomyłkę w obliczeniach i niezauważone jeszcze kilka dni superaty. Na dodatek dochodziło zamieszanie z dodawaniem dnia w roku przestępnym i naprawdę pozostaje mi być pełną podziwu dla ówczesnych astronomów (oraz ich starożytnych kolegów, z których dorobku korzystali), że ogarnęli temat bez tych wszystkich nowoczesnych urządzeń rodem z NASA.

No bo wyobrażacie sobie, dzieci cywilizacyjnego postępu, że oni to wszystko odkryli i powyliczali bez komputerów? Jedynie z analogowymi (że się tak wyrażę), wręcz prymitywnymi według millenialsów, przyrządami??! Chapeau bas!!!

Ale ja znowu odbiegam od tematu. Do rzeczy, Jo.!

Ci Rzymianie trochę mi przypominają Polaków. Wymyślili, że nazwą miesiące ku czci bogów, potem trochę pomieszali z oczyszczającymi rytuałami w lutym i nowym otwarciem w kwietniu i… na tym ich zapał się skończył. Na wszelki wypadek dedykowali maj wszystkim bogom, którzy nie załapali się na swoje miejscówki, a reszta miesięcy została przy numerach (pamiętamy, że rok zaczynał się w marcu i to on był pierwszym miesiącem, tak?)

za Wikipedią i dziesiątkiem innych źródeł z netu (podejrzewam, że też podających za Wiki…

Zresztą możliwe, że się nieco wyprztykali z pomysłów przy dniach tygodnia i na miesiące machnęli ręką, bo przecież dolce far niente, sjesta i w ogóle w tym upale myśleć, to lekka przesada.

Sami popatrzcie:

  • dies Solis – dzień słońca – niedziela
  • dies Lunae – dzień księżyca – poniedziałek
  • dies Martis – dzień Marsa – wtorek
  • dies Mercurii – dzień Merkurego – środa
  • dies Iovis – dzień Jowisza – czwartek
  • dies Veneris – dzień Wenus – piątek
  • dies Saturni albo Sabbatum – dzień Saturna – sobota

No jasne, że niedziela była pierwszym dniem tygodnia…

A skąd w takim razie ta domenica i sabato (po naszemu: niedziela i sobota)?

Jak nie wiadomo, co co chodzi, to chodzi o religię. Niby tez o pieniądze, ale to przecież jedno – że tak powiem: w obie strony. Bo dla wielu pieniądze są religią, a u podłoża każdej religii leży kasa. Oraz rząd dusz oczywiście.

Wracając do dnia pańskiego to wiadomo: chrześcijanie dorwali się nie tylko do choinki, ale również do pisanek i baranka, więc dnia pańskiego nie mogli przepuścić. Nieco dziwią tu wpływy żydowskie, w których upatruje się szabatowy wydźwięk soboty, ale ostatecznie czyja kasa, tego religia, czy jakoś podobnie. A tereny Italii, gdzie rodziło się obecnie obowiązujące nazewnictwo, to tygiel kulturowy i jeden wielki mercato, więc może nie powinniśmy się zdumiewać przenikaniem wątków.

Ale co z tym idiotycznym pomysłem na przeniesienie początku roku z miłej wiosny w środek zimy? A proszę uprzejmie, już wyjaśniam.

Jak zwykle poszło o kasę i wpływy. Tym razem na półwyspie iberyjskim. Cezarowi bardzo zależało (zgadnijmy dlaczego…) na wybraniu nowych konsulów przed wyruszeniem na podbicie Iberii. A działania wojenne rozpoczynano w tamtych czasach na wiosnę, czemu marzec (miesiąc poświęcony Marsowi – bogowi wojny) zawdzięcza swą nazwę. Taki konsul rządził przez rok i istniała obawa, że jak się Julek wybierze do Hiszpanii, to mu za plecami wybiorą nie tych, co by chciał. Ale jak się jest cezarem (znaczy: cesarzem), to co za problem? Przesuwa się przy okazji wprowadzania nowego kalendarza początek roku na styczeń, wybiera nowych konsulów i jedzie spokojnie na podbój zaprowadzać porządki w zbuntowanej prowincji. W czym rzecz!

A że my teraz odmrażamy sobie tyłki podczas zabawy sylwestrowej… No nie oczekujcie, że rzymski cesarz będzie się przejmował problemami północnoeuropejskich barbarzyńców… Wiecie ile on miał na głowie?!?

Róbcie, co chcecie. Ja w każdym razie Nowy Rok witam wiosną. I uważam, że jest to najbardziej logiczna opcja. Zwłaszcza, jeśli ktoś urodził się w marcu 😀