Depresja przedurodzinowa

Normalnie powinnam mieć tradycyjną przedurodzinową depresję, a tu nic… Od lat od połowy lutego popadam w przygnębienie i tracę poczucie jakiegokolwiek sensu życia, a teraz… No zresztą sami powiedzcie….

Siedzę nad projektami.

O KURNA, JO! NA LITOŚĆ BOSKĄ!!! PRZECIEŻ MIAŁ BYĆ ROK BEZ PROJEKTÓW!!! Z CIEBIE NAPRAWDĘ NIE MOŻNA NA MOMENT OKA SPUŚCIĆ, BO NATYCHMIAST COŚ WYMYŚLASZ???

Nie, no spoko… Siedzę nad projektami kurnika (czy tam szopy według Marianny), czyli naszego domku na wsi.

I ja wam nic więcej na ten temat nie powiem, bo równolegle piszę książkę, i w przeciwieństwie do Jednej Książki Takiej Polskiej Pisarki, to będzie naprawdę polski Peter Mayle.

No.

Poza tym, że piszę i rozrysowuję, to wymyśliłam sobie dwa pro notesy z takimi tam zapiskami kulinarno-podróżnymi. Też z obrazkami, których nie umiem rysować, więc zabawy mam po kokardkę. I kombinuję, jak by tu wybrnąć z kłopotliwej sytuacji, w którą sama się wpakowałam. Bo wydałam majątek na dwa notesy Moleskine i teraz przecież ichnie wyrzucę…

Więc chyba nie bardzo mam czas na tę depresję i nie wiem, czy zdążę, bo urodziny, których postanowiłam rok temu więcej nie obchodzić, są już za tydzień i mogę się nie wyrobić…

To ja wracam do roboty, bo właśnie ładne zdanie mi się wykluło i muszę je zapisać zanim zniknie.

Ciao!