Obiad z odkurzacza

Żeby nie wydać (jednak) całego majątku ze zwróconych zaliczek podatkowych, postanowiliśmy wymienić doprowadzający mnie do szału sprzęt w kuchni.

To jest naprawdę dołujące, że kiedyś, panie, to kuchenka trzydzieści lat działała, albo i lepiej, a teraz robią pięcioletnie jednorazówki. A jeśli – jak my – wyposażasz nowy dom, czy mieszkanie, to kupione jednocześnie AGD, również w tym samym czasie zaczną ci odmawiać posłuszeństwa.

Pierwsza padła mikrofalówka. Oderwał się uchwyt do otwierania, a za jego wymianę zażądano jakichś idiotycznych kwot, więc Jo. poszła, popatrzyła i powiedziała mężowi (inżynier elektronik po PW): „Kotuś, a weź ty tutaj na wylot śrubkę wkręć, tylko obetnij ją z drugiej strony.”. Ze trzy lata działa bez problemu. Ten uchwyt na śrubce, której w ogóle nie widać.

Potem siadł wyciąg znad kuchenki. Tu niestety zaliczyliśmy lekką wtopę, bo szarpnęliśmy się na nowy, który okazał się być tragedią i dramatem, bo niczego nie wyciąga. A Piter odmawia zakupu kolejnego, bo przecież „ten jest całkiem nowy”.

Ale prawdziwym problemem od paru lat (a przypomnę: cały sprzęt był kupowany SIEDEM lat temu), był nieustannie wyłączający się podczas pieczenia piekarnik i pełna fochów płyta indukcyjna…

Przygotowanie jakichkolwiek świąt było koszmarem. Pieczenie jakiegokolwiek ciasta łączyło się z koniecznością posadzenia kogoś na dyżurze w kuchni i pilnowania, czy się to ścierwo aby znowu nie wyłączy. Ja naprawdę nie wiem, jakim cudem przez ostatnie trzy lata na Oberżynie (a przede wszystkim na naszym stole) pojawiały się jakieś wypieki… Słowo daję…

No i korzystając z tej niefortunnej sytuacji pandemicznej, która uniemożliwiła nam wizytę w świecie Harrego Pottera i Scherlocka H., postanowiliśmy w obliczu zwrotu podatku kupić nowy piekarnik i nową płytę do gotowania.

Piter wybrał Elektrolux.

Od razu zastrzegłam, że gotować na odkurzaczu będzie sobie sam.

kto rozumie dowcip?

Ja go nie tykam.

Ostatecznie każdy pretekst jest dobry…

– Cholera jasna, coś tu nie pasuje!!! – dobiegł mnie pełen dezaprobaty pomruk Pitera, jako żywo przypominający uwagi Filozofa, że mu sprzedano wadliwe DVD.

A ponieważ w przypadku Filozofa okazywało się, że trzeba coś odwrotnie podłączyć, albo nacisnąć jakiś guzik i to całkowicie rozwiązywało problem, pomyślałam, że może jednak zejdę na dół i rzucę okiem. Wiecie, jak w tym dowcipie o żonie sugerującej, że może trzeba zatankować, zamiast od razu rozbierać pół samochodu.

Wyjęłam prowadnice. Włożyłam. Wsunęłam blachę.

Na inauguracyjną kolację zjedliśmy ostatnie roladki z kasztanami (najwyższy czas, bo przecież zaraz Wielkanoc), coleslaw i pieczone ziemniaki a la Key.

Jasne, że otworzyliśmy butelkę MP… No co za pytanie…

Chociaż nadal nie mam pojęcia, jak wyłączyć ten cholerny pikacz od timera…