Jak się nazywa twój szampan?

Babcia odkurzała elektroluksem. Wodę grzał nam junkers. Zanim włączyli centralne, mieszkanie dogrzewało się farelką. Mało kogo było stać na adidasy. Ja skrycie marzyłam o pepegach, ale ojciec kazał nam chodzić w ohydnych juniorkach. Przed urodzinami miałam nadzieję, że dostanę wedla. Moją ulubioną lekturą w podstawówce był kopaliński. W tamtych czasach każde dziecko marzyło, żeby na komunię otrzymać rower…

Poza rowerem, który został w języku polskim na stałe, reszta podanych przeze mnie nazw może budzić zdziwienie młodszego pokolenia. Trochę na zasadzie: „To nie mieliście najków?”. Bo dla moich dzieci (a myślę, że i dla mojego przyrodniego rodzeństwa) normą jest różnorodność – zarówno w nazwach, jak i na sklepowych półkach.

Jest tego więcej i każdy mógłby z pamięci uzupełnić listę o żyletki, aspirynę, cepeen, flamaster, dżakuzi czy neskę…

Jako dziecko peerelu – epoki skąpiącej dóbr konsumpcyjnych, w ogóle się nad tym nie zastanawiałam, więc po otwarciu rynku i wpuszczeniu nań innych producentów odkurzaczy, golarek czy zmywalnych wykładzin podłogowych, odczułam pewien zamęt i chaos. No bo jak to: nie każda landrynka może być landrynką???

Niektóre przykłady śmieszą, o innych nawet nie pomyślelibyśmy, że kiedyś były nazwą konkretnego producenta. I o ile możemy od biedy użyć tych „najków” – żeby podkreślić jakie konkretnie buty sobie kupiliśmy, to z pampersami już nie będziemy sobie zawracać głowy i nikt raczej nie użyje określenia: „jednorazowe pieluchy”.

A jakie są wasze ulubione eponimy?