Zadośćuczynienie

Jak wiecie: piszę tę upiorną książkę o życiu z autystycznymi dziećmi. I strasznie mi nie idzie. A teraz doszłam do punktu, który uzmysłowił mi DLACZEGO mi nie idzie. I co gorsza: muszę przez niego przejść, bo mi blokuje całą resztę, a tam Daśka rzeźbi okładkę i za chwilę zrobi się traumatycznie. I znowu nie będę spać po nocach.

No więc blokuje mnie urocze wspomnienie rodziny. A konkretnie: lata, dekady i tak dalej rodzinnych relacji. I ja bym to sobie odpuściła, bo przecież jestem po terapii i olewam totalnie co kto ma gdzie, ale nie mogę. To znaczy: mogę olać i olewam, ale muszę napisać o tym, jak wyglądały rodzinne relacje na przestrzeni ostatnich dwudziestu kilku lat. To z kolei oznacza powrót do pogrzebanych z takim trudem wspomnień, ale też do rozgrzebywania całkiem niedawnych sytuacji, na które machnęłam ręką, bo mi szkoda życia.

Muszę o tym napisać, bo inaczej czytelnicy, którzy nigdy nie trafili na żaden z moich blogów, kompletnie nie będą w stanie zrozumieć, dlaczego ja w ogóle narzekam, skąd mi się wzięły choroby autoimmunologiczne i w ogóle o co kaman.

Jeśli piszę książkę z podtytułem: „Jak wygląda życie z autystycznymi dziećmi. Ale tak naprawdę.” – to sorry, ale musi być naprawdę. Niby mogłabym zmienić tytuł, ale ten mi się podoba, więc nie zamierzam.

Natomiast tę prawdę można opisać bardziej light albo idąc w hardcore. I ja z okazji Wielkiego Piątku postanowiłam dać ostatnią szansę tym wszystkim, którzy mi się narazili. Którzy zawiedli. Którzy wystawili mnie lub BlueBoya do wiatru. Autorom tekstów, że „każdy ma jakieś problemy” i że „autyście też można wytłumaczyć”. Tym, którzy pisali DO MNIE, adresując kopertę: Z LISTAMI PANA PIOTRA F. Tym, którzy latami negowali istnienie jakichkolwiek naszych problemów z dziećmi. Którzy wykorzystywali nas, wiedząc, że nie możemy odmówić. Którzy wmawiali mi chorobę psychiczną, kiedy przestałam się godzić na deprecjonowanie tego, co robię. Zadających pytania: „Ty nadal na utrzymaniu męża?” i „Może byś wreszcie poszła do pracy?„. Oraz tym, którzy obiecali BlueBoyowi kupić ściereczki GreenWay, a potem go zawiedli.

Macie ostatnią szansę, abym możliwie najdelikatniej opisała wasz udział w moim nabywaniu tocznia i konieczności użycia antydepresantów przez mojego syna. Ostatnią. Wystarczy, że w prywatnej korespondencji przyznacie się do wyrządzonego zła.

Czas mija w sobotę o północy.

A potem zobaczymy.