I po świętach

Jak tam u was? Przeżyliście? Czy znowu było wiele hałasu o nic?

Tuż przed Wielkanocą skumulowały nam się emocje i było dość wybuchowo. Do tego stopnia, że ogłosiłam strajk protestacyjny i panowie mieli sami przygotować świąteczne ciasta oraz sałatkę. Czym to się skończyło niby wiadomo, ale nie do końca. I chyba tematu rozwijać nie będę, bo mi znowu pompka skoczy, a ostatnie trzy noce miałam raczej… urozmaicone… właśnie z tego powodu.

W niedzielę pojechaliśmy do Madre, w poniedziałek grzecznie siedzieliśmy w domu – poza małą przejażdżką, żeby w ogóle ich oderwać od komputerów. Warszawa sprawiała wrażenie wymarłego miasta, co biorąc pod uwagę nasze nastroje – raczej nie poprawiało sytuacji, ale stanowiło wstrząsający kontrast ze wspomnieniem korka na Podwalu, w którym utknęliśmy na godzinę w Boże Narodzenie.

Zimno. Chyba nie muszę wam mówić. Naprawdę nie wiem, jak Marianna posadziła 20 sadzonek lawendy, bo ja wytrzymałam w ogródku pięć minut, a doniczki czyściłam we trzech podejściach. Czekają teraz ustawione na schodkach z patio, ale patrząc na termometr nie jestem zbytnią optymistką – chyba długo im przyjdzie czekać na te wszystkie pelargonie i osteospermum.

Za to cały lany poniedziałek jeździł nam po tefauenowskim polu (tym od wyrzucanego od miesiąca końskiego gnoju) traktor, a potem nawet dwa, i orał. Teoretycznie oznacza to koniec udręki, bo jak zaorał, to będzie siać. A jak posieje, to już nie wyjedzie z kolejną porcją gówna i będzie można wreszcie otworzyć okna.

Ja przepraszam, że tak dosadnie, ale naprawdę życie przez miesiąc na gnojowisku wyczerpało moje pokłady z trudem wypracowanej subtelności.

Czyli mamy kwiecień. Temperaturę koło pięciu. Lodowaty wiatr. Podłoga do gazebo na Ziemi Przodków czeka w garażu, bo nie możemy zacząć sezonu wyjazdowego. BB wpada w depresję. Kuba się wścieka. A mnie przestało służyć MP.

Powinnam odrobić pracę domową z włoskiego. Myślicie, że jak napiszę: „Il tempo fa schifo e non sono di buon umore.”, to mi nasza Professoressa zaliczy?