Przedwojenna inżynierowa

Ja to chyba jednak mentalnie tkwię w latach dwudziestych, ale zdecydowanie poprzedniego tysiąclecia…

Odkąd pamiętam pałałam ogromnym afektem do przedwojennej inteligencji. A marzeniem mojego życia był status ówczesnej dyrektorowej lub inżynierowej. Rzecz jasna z dyrektorską willą albo przynajmniej odpowiednim mieszkaniem w kamienicy. No i takimi dodatkami, jak gosposia, szofer i bona. Nie że królowa, no błagam… Opiekunka do dzieci…

Tylko że to wszystko mi się jakoś tak niefortunnie rozjeżdżało.

Jak już miałam opiekunkę do dzieci i szofera, a mąż – akurat tak się złożyło, że inżynier, chwilowo był dyrektorem – to z tą willą zdecydowanie było nam nie po drodze… Z kolei gosposi to ja jednak sobie nie wyobrażam, bo już ze sprzątaczkami miałam problem i jak przychodziły, to wcześniej pół domu ogarniałam, bo mi wstyd było, żeby ktoś obcy mi prał niewymowne, czy ścielił łóżka.

Chociaż nie, z tymi łóżkami to nie jest dobry przykład, bo u mnie się jednak sprząta takie rzeczy codziennie, a nie czeka na dzień, kiedy przychodzi Tatiana… Czy tam inna Olena… Poza tym nie po to kupowaliśmy pralkę i suszarkę, żebyśmy teraz czekali, aż ktoś nam wstawi pranie, więc nie – to jednak nie ten wariant…

Ale nadeszły LATA DWUDZIESTE i postanowiłam coś z tym zrobić. Bo drugiej takiej szansy nie dostanę, a przy najmniej nie w tym wcieleniu. A ponieważ nie mam jasności co do moich zasług, a wręcz przeciwnie: nie wiem co mi los ześle następnym razem, to uznałam, że zmarnowanie takiej szansy jest głupotą. Z tym dwudziestoleciem. Mam tylko nadzieję, że Opatrzność nie pójdzie za daleko i nie walnie nam jakiejś wojny, żeby było „międzywojenne”.

Ale ja w ogóle nie o tym chciałam. Bo owszem – pracuję nad mężem w kwestii letniska.

No błagam… Jak to w kwestii letniska???? Czy wy w ogóle coś czytaliście? Przecież oni wszyscy na lato jeździli do Juraty i Zakopanego, albo na wieś. I ta wieś, to były rodzinne włości, albo jakieś letniska, prawda? No niby skąd się wzięły „wczasy pod gruszą”, co mądrale?

I tak się składa, że rodzinne włości ziemiańskie dawno poszły… No wiecie gdzie poszły. Ale mój derogi małżonek ostatecznie posiada tę szczątkową Ziemię Przodków, prawda? Właśnie. A skoro już mamy dom… OK, z pewnością nie jest to willa dyrektorska na Mokotowie, ale dom – umówmy się, nie mieszkanie. Więc skoro mamy ten dom, to moglibyśmy sobie machnąć (wreszcie) letnisko i podejmować tam siebie (bo przecież kogo innego?) na popołudniowych herbatkach i kruchym cieście z truskawkami… No jasne, że na werandzie… Naprawdę zaczynam tracić cierpliwość…

Jezu, ja tu znowu Beniowskiego odstawiam

w sensie, że poemat dygresyjny – Proffessorra byłaby dumna, że …ści lat po maturze pamiętam takie rzeczy…

a chciałam tylko napisać, że wreszcie zrozumiałam, dlaczego mi te biznesy nie wychodzą. Dlaczego monetyzacja blogów leży, a pisać to ja sobie mogę wyłącznie dla własnej przyjemności…

Przecież to proste!

Ja jestem jak ta Violet Crowley! Tylko bez posiadłości.

Non profit!

Pisać. Dzielić się. Ale nie da rady zrobić z tego nowoczesnego lajfstajlu przynoszącego pieniądz!

Inżynierowej nie przystoi myśleć o zarabianiu pieniędzy. Ona ma dmuchać w domowe ognisko, nieść kaganek oświaty, wspierać potrzebujących i każdego dnia dziękować na wszystko, co jej Opatrzność zsyła.

Bo przecież nie jest źle. Tylko trzeba pamiętać, że się żyje SWOIM życiem. A nie spełnia cudze oczekiwania.