Zeszyt z przepisami

Co ja niby ostatnio robię, skoro nie da się wyjść do ogrodu?

Widzicie? Wcale nie poleciałam w klikbajty! Od razu mówię, o czym będzie dzisiejszy wpis!

Nęka mnie ostatnio, przyznam że dość obsesyjnie, wizja utraty wszystkich moich kulinarnych przepisów. Nie mam pojęcia skąd mi się to bierze, ale jest dość irytujące, więc postanowiłam jakoś odzyskać spokój. I tu właśnie pojawił się zeszyt z przepisami.

Tak, pamiętam że o tym pisałam. Aż takiej sklerozy nie mam. I pamiętam, że Tetryk mi doradzał drukowanie przepisów, co też robię. Ale zauważyłam u siebie kilka niepokojących objawów zdrowotnych, więc pomyślałam

nie, nie o spisaniu testamentu… no bardzo dziękuję…

o poćwiczeniu małej motoryki. A do tego najlepsze jest odręczne pisanie.

Niestety zamiast bazgrolić sobie niewinnie poranne strony (tu jednak odsyłam do Julii Cameron i Internetu, bo mój egzemplarz Drogi artysty pojechał do Artystki i pokazać go nie mam jak), wzięłam się za porządkowanie przepisów. A że ja naprawdę jestem na drugim biegunie mistrzostwa w kaligrafii, to skutek był łatwy do przewidzenia…

Doszłam jednak do wniosku, że Sotheby’s mi tych zeszytów wystawiać nie będzie (ani nawet Rempex…), więc nikomu nic do moich bazgrołów, ale na wszelki wypadek jakoś bym to ogarnęła…

I następnie wymyśliłam sobie, że trzeba odwrócić uwagę… Bo jeśli, dajmy na to, narysuję pomidora, to wszyscy będą się śmiać, że ach… ten pomidor wygląda jak truskawka! i nikt nie zauważy, że powinnam wrócić do zeszytu w trzy linie i miękkiego ołówka!!!

HA!

I co? Cwana jestem!

Prawie jak Baldrick!