Nie/udolna próba zabójstwa, czyli trzeba było czytać Christie…

Podobno tylko ludzie konsekwentnie realizujący plan, osiągają swój cel. Pewnie dlatego mój drogi mąż nie tylko nie ustaje w wysiłku, ale trzeba mu przyznać, że podchodzi do tematu twórczo i bardzo rozwinął swoją kreatywność.

W styczniu, kiedy przez moment można było zgłaszać chęć zaszczepienia przeciw COVIDcośtam19, Piter zarejestrował się w systemie i kilka dni temu dostał powiadomienie o dostępnym szczepieniu.

UWAGA: Pfizerem! W przychodni koło domu. W połowie maja.

pozdrawiamy wszystkich jeżdżących na szczepienie na drugi koniec Polski i to dwukrotnie

Mógł wybrać wcześniejszy termin, ale musiałby jechać do innej dzielnicy i nie wiem, czy tam aby nie oferowali AstryZet.

Oczywiście ruszyła maszyna z pytaniami, czy ja też się szczepię i co z chłopcami?

No nie. Ja się nie szczepię. I nie dlatego, że postanowiliśmy nie robić tego jednocześnie – żeby w razie komplikacji ktoś tu jednak był na chodzie. Tylko dlatego, że nie wstrzeliłam się w to prima aprilisowe okienko zgłoszeń i muszę czekać, aż uruchomią zapisy dla mojego rocznika. A co do chłopców, to perspektywa jest jeszcze odleglejsza, bo póki co osoby niepełnosprawne nie są poza wiekową kolejnością.

Nie – zapisując się w styczniu Piter mnie nie tylko nie zapisał, ale nawet mi o tych zapisach nie wspomniał.

Mówiłam, że robi postępy i szlifuje finezję? Przecież jakby co, to nikt mu żadnego zabójstwa nie zarzuci! Jeszcze mu współczuć będą, że żonę stracił w pandemii…