Biblioteka

Jak wiecie: Piter likwiduje (wespół z bratem) mieszkanie rodziców.

Właściwie to brat likwiduje, bo jest bardziej niż my na miejscu, a Piter uczestniczy tak nieco z odbicia, ale nie w tym rzecz. Nikomu się nie spieszy, więc póki co raczej ćwiczone jest popadanie w apatię pod tytułem: „Co my z tym wszystkim zrobimy?”. Przy czym „tym wszystkim” są generalnie książki.

Mój Teść czytał nałogowo, więc książki są dosłownie wszędzie: na półkach, w szafach a nawet w piwnicy. I ja szczerze chłopakom współczuję, bo jak raz wszyscy pojechaliśmy porządkować dobytek, to po kwadransie nie było gdzie postawić nogi i ryzykowało się śmierć pod stosami spadających książek.

Ponieważ prezentuję – jak się okazało – mało popularną postawę i konsekwentnie trzymam się opcji, że to spadek Pitera i nic mi do tego, za bardzo się nie wtrącam, swoje współczucie wyrażam z dystansu. Ale nie uniknęłam pewnej refleksji: że właściwie z tymi książkami to nie jest taka prosta sprawa.

Wychowana zostałam w kulcie słowa drukowanego. Jako dziecko nie miałam zbyt wielu zabawek, za to książki otaczały mnie od zawsze. Mój Dziadek uznał, że szkoda czasu na duperele i od razu kazał mi czytać W pustyni i w puszczy oraz Chłopca z Sosnowca i biografię Marii Skłodowskiej-Curie, chociaż Babcia forsowała Wędrówki Szyszkowego Dziadka i Dzieci z Leszczynowej Górki. Dla świętego spokoju przeczytałam jedno i drugie i mając już ten święty spokój mogłam się zająć Małą Encyklopedią PWN oraz Słownikiem wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych Kopalińskiego.

Na dodatek Tatui pracował w ŁZGraf i do domu znosił tony drukowanych tam książek, które pełniły latami rolę jedynych znanych mi prezentów.

Filozof też był z tych mocno książkowych. Zresztą niedzielne rozmowy śniadaniowe opierały się w dużej mierze na żonglowaniu cytatami z mocno wymieszanej literatury, bo obok Kubusia Puchatka lądowali nam Starsi Panowie albo Królowie Przeklęci i żeby nadążyć trzeba było mieć nawyk czytania.

Mój mąż ostatnio przerzucił się na Kindle’a (zresztą sama mu go kupiłam na któreś urodziny), ale wcześniej też obrastał w papierowe publikacje, więc biorąc pod uwagę nasze podwójne obciążenie pod tym względem, powinniśmy mieć dożywotni zakaz wstępu do księgarni. Chociaż nie wiem, czy w obliczu tego Kindle’a coś by to dało…

Chłopcy w dzieciństwie używali jednej książki i było to Sto Bajek, zajechane na śmierć i znane na pamięć. Kuba pozostał na tym poziomie, ale BB (ten, który miał się nigdy nie nauczyć czytać), za sprawą psychopatycznej matki zaczął czytać lektury szkolne, potem wziął się za Pottera, a kiedy ogarnął temat na tyle, że nie musiał się posiłkować równolegle włączonym audiobookiem, Filozof podsunął mu pierwszego Bonda. Dalej poleciało z górki i BB – czytający książki seriami, obecnie ledwo się z nimi mieści w swoim dziesięciometrowym pokoju.

W międzyczasie trafiła do nas biblioteka Dziadka Lisa. Tatui co jakiś czas uruchamiał szantaż emocjonalny pod tytułem: „Komu zapiszę w spadku mój księgozbiór…”. No wisiała nam nami perspektywa zagospodarowania (kiedyś tam…) książek Teścia…

Niestety nie udało mi się spełnić mojego Wielkiego Marzenia i nie posiadam pokoju bibliotecznego z bilardem. Musieliśmy jakoś się pomieścić z książkami w naszym kompaktowym szeregowcu na Błoniach Wilanowskich.

Zaczęliśmy od biblioteczek w pokoju dzien znaczy w salonie. Potem dołożyliśmy biblioteki w naszych sypialniach. Na końcu zamówiliśmy kilkadziesiąt metrów bieżących półek na poddaszu. Czy tam mansardzie. I nadal potykaliśmy się o poustawiane wszędzie (ale najbardziej w moim pokoju) stosy książek…

Mam nadzieję, że wystarczająco nakreśliłam sytuację?

I teraz, przy okazji zmagań chłopaków tonami książek, zadałam sobie pytanie: Po co to?

No bo człowiek zbiera te książki przez całe życie. Bywa, że przez kilka pokoleń. I potem co? Jedynie jakiś wielki kłopot?

Czyżby wszystko, w co wierzyłam w tym zakresie, nie miało sensu?

Przecież moi synowie nie sięgną do tych tomów. Nie przekażą ich swoim dzieciom. Jak umrę, zostanie im kosmiczna ilość zadrukowanego papieru, z którym nie wiadomo co zrobić…

A, bo by mi umknęło… My cały czas CIĄGLE kupujemy nowe książki. I te książki… Hm… Cholera, znowu wyjdę na zawistną grafomankę, na dodatek o niezbyt wyrafinowanym guście czytelniczym, ale większość kupowanych obecnie książek ledwo nadaje się do jednorazowego przeczytania. A bywa, że nawet nie. YES, również bestsellery. A bywa, że zwłaszcza.

I pojawia się pytanie: co z nimi zrobić?

Bo dotychczas wędrowały na półkę, obok rozsypujących się ze starości książek po Dziadku, których nikt nie tknie palcem, bo kurz wgryzł się w nie nieusuwalnie. I zajmowały cenne miejsce, którego i tak mamy niedostatek.

Z drugiej strony pozbycie się jakiejkolwiek książki nie wchodziło w grę, a wyrzucenie na makulaturę najgorszego nawet szmatławca zahaczało o niewybaczalną zbrodnię.

Co tu zrobić???

Raz w roku ratowała nas Ogólnopolska Zbiórka Książek. I o niej właśnie pomyślałam, odkładając kolejny tom do kartonu po ostatnim zamówieniu Tupperware. Na fejsbukowej stronie Zbiórki znalazłam informację o jej beneficjentach i tak mi przyszła do głowy gminna biblioteka na Ziemi Przodków.

Nie, że będę zakładać, ale że może jakaś jest w okolicy? I ewentualnie byłaby zainteresowana?

I tu, słuchajcie, zaczyna się bardzo fajna historia, budująca nadzieję w zakresie czytelnictwa. Ponieważ biblioteka gminna była, nawet z kilkoma lokalnymi oddziałami – w tym jednym w „naszej” wsi. Na dodatek (uwaga!) prowadząca bookcrossing!!! W czytelni postawiono regały do dyspozycji czytelników. Każdy może zostawić tam przeczytane książki i wziąć inne. Nie wiem, jakie książki zostawiają tam lokalsi, ale pomyślałam, że te moje bestsellery może znalazłyby chętnych?

Po wymianie stosownych uprzejmości Piter podrzucił pierwsze pudełko z książkami do biblioteki. Zostały przyjęte z zadowoleniem, bo i tytuły odpowiednie, i nówki – raz czytane. Zapowiada nam się dalsza współpraca, bo przecież kiedyś przeczytam te zalegające pół mojego pokoju piramidy, prawda? A chłopaki przekopią się przez księgozbiory Teścia…

Póki co nałożyłam na siebie zakaz wchodzenia do księgarni.

Surowy.

Karą za złamanie jest szlaban na Martini Prosecco…