Szczepienie

Wczoraj ruszyła rejestracja mojego rocznika. Nie mogę powiedzieć, że nie mam wątpliwości. Bo mam.

Ale jak sobie pomyślałam, że mogłabym samym spojrzeniem uruchomić piekarnik, albo odebrać telefon, to moje wątpliwości zniknęły.

Jasne, że żartuję…

Przy moich chorobach i epizodycznej niewydolności oddechowej COVID mógłby oznaczać jednak tę czarną kieckę, a póki co rysują mi się ciekawsze perspektywy. Jak choćby ten kurnik na wsi. To co ja się będę spieszyć? Kiedyś i tak zdążę…

Mało wychodzę. Praktycznie mój kontakt z ludźmi jest ograniczony do minimum. Ale zawsze istnieje ryzyko, że się gdzieś złapie wirusy. Zwłaszcza, że jednak chciałabym móc wyjść do restauracji czy galerii handlowej – jak już je wreszcie otworzą. Czeka na nas voucher w górach. Czeka Italia. Nie będę siedzieć w domu do śmierci, żeby się gdzieś nie zarazić.

Nie pchałam się (w przeciwieństwie do niektórych… takich tam, co za ścianą właśnie na callu wiszą…) w wolne okienka, bo uważałam, że byłoby nie fair zabieranie szczepionki ludziom, którzy z racji wykonywanej pracy mają codzienny kontakt z tłumem, a w przeciwieństwie do służby zdrowia czy nauczycieli nie są objęci priorytetem. Takie kasjerki w sklepie na przykład. Albo kurierzy i listonosze. Ale skoro szczepionek jest wystarczająco dużo i wprowadza się rejestrację kolejnych roczników, to uznałam, że nadszedł czas. Bo chciałabym wreszcie w miarę normalnie pożyć poza domem.

Mam obawy. Ja generalnie jestem nietypowa w reakcjach medycznych i moi kolejni lekarze zawsze mieli ze mną niezłą jazdę. Poza tym panicznie boję się igieł i w ogóle. Nie jestem zbyt szczęśliwa z powodu tego szczepienia i boję się, że będę po nim umierać. Ale szczepię się we wtorek, więc może mnie uratują? W sensie, że nie przed weekendem i weekendową pomocą doraźną… No i udało mi się zapisać na Pfizera, który ma stosunkowo mało ostrych reakcji niepożądanych…

Tak na marginesie: mam termin na 25 maja. Astrą mogłabym od ręki, bo wolne terminy były nawet na dzisiaj.

W naszej rodzinie sporo osób jest zaszczepionych. Moi rodzice, brat Pitera, Key, ciotki, wujkowie, dalsi krewni… Wielu znajomych się zaszczepiło… Ze dwie osoby bardzo źle się czuły. Kolejne trzy miały parogodzinne objawy silnej reakcji poszczepiennej. Nikt nie umarł. W przeciwieństwie do mojego stryja, którego COVID udusił.

W ogóle w rodzinie mieliśmy parę przypadków zachorowań, niektóre z ciężkim przebiegiem, inne – bezobjawowo. Bywało, że jeden z domowników przyniósł chorobę do domu, nawet nie wiedząc, że jest zarażony, a ktoś inny odchorował bardzo ciężko. Zdarzyło się, że ktoś się zaraził kiedy raz przyszedł do pracy, a inni w tym czasie stale przebywali wśród ludzi i niczego nie złapali. I to jest chyba najgorsze: dopóki nie zachorujesz, nie wiesz, jaki choroba będzie mieć przebieg w twoim przypadku!

Nikt nie powiedział, że człowiek będzie podejmować wyłącznie łatwe i proste decyzje… Ale w którąś stronę trzeba pójść. Więc idę do przychodni na szczepienie.