O tym, jak mi rozwalili depresję i życiową pustkę

Obudziłam się w nocy nieszczęśliwa. Może nie wszyscy załapali, ale właśnie skończyło się coś więcej, niż szkoła BlueBoya. Więcej, niż tylko kolejny etap. Skończyło się wszystko, co przez kilkanaście lat wypełniało mi życie i stanowiło (w dużej mierze) jego sens.

Zostałam w przerażającej pustce i jedyne, co mi pozostało, to popadanie w coraz głębszą otchłań nicości…

Majówka przywitała nas stosownie do mojego nastroju: chłodem i deszczem. Na szczęście już wcześniej zrezygnowaliśmy z wyjazdu na wieś. I chyba w ogóle REZYGNACJA zajęła na dobre pierwsze miejsce w rozpoznawanych przeze mnie uczuciach. Wdarł mi się w to BlueBoy, skoro świt, czyli tak koło dziewiątej: „Mamo, zobacz co mi wczoraj Cortese przysłali!”. To spojrzałam…

„Cześć, Jasiu. Dziękuję… nie… Przepraszam… e… kongratulacje da… dla skonczenie skuol… szkoły…”

JEZUS MARIA!!! TO DZIECKO TRZEBA RATOWAĆ!!!

– No, ale Jo, cara mia, pamiętasz, że ja w połowie września mam łódki? – tak jakoś nieśmiało napomknął Piter podczas śniadania.

Jasne, kurna. Łódki. Ja tu wpadam w depresję, bo mi się życie kończy, tam Niki po polsku przestał mówić, a ten mi z łódkami wyjeżdża!!!

– Key, od dwudziestego czwartego. Dwa weekendy rodzinne, a od poniedziałku do piątku sami będziemy wędrować po piemonckich dróżkach.
– Pasuje.

No przecież nie mogę tak tego zostawić!!!

– Ale wiesz, Jo, że teraz to już nikt nie potraktuje poważnie twojej depresji, prawda?