Różne oblicza szczęścia

Możliwe, że już o tym pisałam. I jeszcze bardziej, że nie raz do tego wrócę. Bo historia jest tak… No właśnie nie wiem JAKA. Sami oceńcie 😀

Ponad rok temu, kiedy jeszcze nie żyliśmy w świecie COVIDowej pandemii, zastanawialiśmy się nad tym, co po szkole będą robić chłopaki. I tak z głupia zapytałam BlueBoya:

– Janek, nie chciałbyś po maturze (bo wtedy jeszcze myśleliśmy, że BB będzie zdawać maturę) pojechać na jakiś czas do Włoch? Mogłabym zapytać Ciocię Key… Posiedziałbyś u niej kilka tygodni albo miesięcy. Zrobilibyśmy ci gap year. Nauczyłbyś się języka, pokręcił po okolicy, może włoskie prawo jazdy zrobił?
– A co ja miałbym tam niby robić bez MOICH RZECZY???

Faktycznie… Musiałby się przeprowadzić z całym swoim pokojem…

I refleksję mam tu następującą: gdyby ktoś mi zaproponował po liceum wyjazd na kilka miesięcy do Włoch, za darmo, jeszcze dałby kieszonkowe, to ja bym ze szczęścia chyba pękła! Normalnie myślałabym, że śnię i nie mogłabym uwierzyć, że to prawda. A ten mi tu wyjeżdża z tekstem, że co on by tam miał robić…

I z jednej strony ręce mi opadły, a nawet ogarnęło mnie nieokreślone uczucie totalnego wmurowania (nazywane w innych źródłach skamienieniem ze zdziwienia), a z drugiej pomyślałam sobie, że chociaż zawaliłam w życiu tyle rzeczy, to jedna, ta najważniejsza, chyba mi wyszła całkiem nieźle.

Zafundowałam swoim synom życie, w którym są szczęśliwi…