Psychopogaduszki.

Słuchajcie: MUSZĘ. No po prostu muszę, bo się uduszę.

Zresztą ja nie pierwszy raz o tym, bo wiele razy się ostentacyjnie dziwiłam, że ludzie „przyznają się do depresji”.

No dziwiłam się, bo dla mnie depresja jest jak grypa. Znaczy: zachorowałeś to idziesz do lekarza i się leczysz. I za cholerę nie mogę zrozumieć, dlaczego do depresji trzeba się PRZYZNAWAĆ.

Być może cierpię na jakąś intelektualną ułomność, ale nie rozumiem i przy tym zostańmy.

No i jest Janina ze swoim wyznaniem. I jest parę innych znanych, wręcz popularnych osób, mówiących tak po prostu o swojej chorobie. Psychicznej. Bo my jesteśmy takim debilnym społeczeństwem, że na nabyty wskutek mało moralnego życia syfilis machniemy ręką, ale wizyta u psychiatry stygmatyzuje na całe życie.

Ja to przeszłam. Matka mnie uciszała za każdym razem, kiedy poruszałam temat wizyty u psychiatry. Ojciec tego przysłowiowego psychiatry używał jako demonicznego straszaka, a określenie kogoś „chorym psychicznie” było i jest jedną z największych obelg. Poza tym, że wszyscy się nadają do leczenia, a jedynie on jest normalny, jakakolwiek niezgoda i sprzeciw z automatu kwalifikowała się do bycia przesłanką do zamknięcia w Tworkach.

Ja się wychowałam wśród obelg w rodzaju „ten dałn” wobec nie-tak-błyskotliwego syna sąsiadów i standardowego półgłówka – na kogoś, kto nie dość szybko łapie dowcipy. Zresztą nie tylko półgłówka, bo antysemickich i homofobicznych przykładów mogłabym podać na pęczki. Więc generalnie nie bardzo wiem, skąd bym miała wziąć jakiekolwiek wzory empatii i zrozumienia. Chyba wyłącznie z jakichś poprzednich inkarnacji. I teraz wyobraźcie sobie, że w tym wszystkim rodzą mi się autystyczne dzieci… I chyba wyłącznie mnie to nie rusza… Znaczy: owszem, rusza, ale nie muszę niczego sobie wypierać, bo mnie rusza w zupełnie inny sposób. Zadaniowo oraz wykończeniowo.

Wracając do chorób psychicznych: te uwagi, o których wspomniałam powyżej, nadal się trafiają. Pisałam wam wczoraj. Ale budzą we mnie jedynie irytację. I nigdy nie pomyślałam, żeby się wstydzić. Zarówno moich sesji terapeutycznych, jak i funkcjonujących na poziomie znacznego upośledzenia dzieci. Człowiek rodzi się takim, jakim się rodzi. Nie każdemu dano po równo możliwości. Ani jego wina, ani zasługa. I po cholerę robić z tego problem?

Ale tu dochodzimy do trudnego tematu, jakim jest akceptacja drugiego człowieka takim, jakim jest. Borowik to borowik. Muchomorem nie będzie. I vice versa. I nie mówcie tego, broń Boże, Piterowi, ale jeśli się chce kogoś zmieniać, to w grę wchodzi wyłącznie własna osoba. Z resztą albo nam po drodze, albo nie. I albo się na to godzimy, albo zmieniamy trasę. Nic więcej tak naprawdę nie możemy zrobić.

Akceptacja często oznacza pogodzenie się z tym, że ktoś lub coś jest poza naszym zasięgiem. I znowu: na ogół nikt nas nie zmusza, żebyśmy dalej szli razem, jeśli rytmy nam się rozjeżdżają. A jeśli się na to wspólne pójście dalej decydujemy, to nie narzekajmy: ostatecznie mogliśmy spakować walizki i wyemigrować na Malediwy. Więc jeśli ktoś jest chory, dajmy na to psychicznie, a nam na nim zależy, to po prostu wspierajmy go. Ale nie zapominajmy o sobie. Bo siebie zawsze powinniśmy postawić na pierwszym miejscu. To nasz obowiązek wobec Stwórcy, jakiekolwiek nosi imię.

Jeśli to wsparcie nam nie wychodzi – odpuśćmy sobie. Ale odpuśćmy sobie również drwiny, nękanie i obelgi. Bo może tak naprawdę to z nami coś jest nie tak?

Nie pomyśleliście nigdy w ten sposób? Że problem może leżeć nie do końca tam, gdzie nam się wydaje?