Akcja: Młociny!

Mój niespełniający wymogów niepełnosprawności, zatem nieniepełnosprawny syn postanowił wziąć udział w charytatywnym biegu na drugim (i to dokładnie drugim) końcu miasta.

Prawdę mówiąc główną przyczyną tej decyzji była możliwość spotkania się z gimnazjalnym kumplem, ale zostańmy przy biegu. Bo panicze kilka razy brali udział w imprezach charytatywnych, o czym chyba wiecie. A że ja nieustannie dbam o uwrażliwianie moich bliskich (w tym przypadku: autystycznie nieempatycznych synów) na bliźnich, to wiadomo było, że machniemy ręką na prawdziwy powód tej nagłej chęci wsparcia badań nad leczeniem urazów rdzenia kręgowego i połączymy przyjemne z pożytecznym. Zwłaszcza, że temat jest mi bliski, bo wiele lat temu Madre miała wypadek samochodowy, po którym cudem postawili ją na nogi – właśnie z powodu urazu kręgosłupa.

W odpowiednim czasie BB zarejestrował się, uiścił (mu ojciec) opłatę startową i podobno (już sam BB) umówił z kolegą.

W dniu biegu, czyli dzisiaj, podwieźliśmy BlueBoya na drugi koniec miasta, to znaczy do Parku Młociny. I teoretycznie mieliśmy wracać do domu, ale coś mnie tknęło…

Piter się zżymał, Kuba zaczął niecierpliwić, a ja nie pozwalałam ruszyć ze znalezionej jedynej miejscówki parkingowej. I po paru minutach okazało się, że jak zwykle przeczucie mnie nie myliło. Zresztą później Piter użył Ostatniej Ostatecznej Broni mówiąc, że gdybym powołała się na PRZECZUCIE, to on by nie kwestionował mojego zakazu ruszenia w drogę powrotną. Nigdy w życiu.

Bowiem po jakimś kwadransie tego „niepotrzebnego” parkowania ujrzeliśmy BlueBoya, wracającego w naszą stronę, rozpaczliwie rzucającego spojrzenia na prawo i lewo i przyklejonego do telefonu. Nawet z pewnej odległości widoczna była panika i dezorientacja.

Nie będę wam szczegółowo opisywać sytuacji, bo obiecałam dziecku, że do minimum ograniczę demaskowanie jego braku kompetencji życiowych, ale gdybyśmy faktycznie odjechali – byłoby ciężko. Ostatecznie udało nam się ustalić zasady biegu, a nawet spotkać w przelocie kumpla, ale ostatecznie nie do końca wszystko poszło według planu.

Cóż. Czasami trzeba porażki potraktować jak lekcję. I tego właśnie uczę BlueBoya. Chyba z powodzeniem, bo odnieśliśmy dziś małe sukcesy, chociaż spotkanie z kumplem BB odłożył na inny dzień. Ale spędziliśmy dwie godziny na powietrzu, zrobiliśmy fajny spacer, udało się przekonać (jeśli chcecie możecie użyć słowa: zmusić) Pitera do zaparkowania samochodu, czym uratowaliśmy Jakuba od całkowitego wpadnięcia w furię. A tę szczątkową udało nam się rozładować na plenerowej siłowni, z której Jakub chętnie skorzystał. Pospacerowaliśmy. Pogadaliśmy. Wystawiliśmy się do słońca. Znaczy ci, co mogą. Potem pojechaliśmy na lody i wróciliśmy do domu robić obiad.

I jestem ogromnie szczęśliwa, że raz jeszcze udało się ogarnąć sytuację. Tym razem trudną dwutorowo: bo i panika BlueBoya, i parkingowa histeria Kuby. Tylko zadaję sobie pytanie: jak długo mi jeszcze wystarczy sił, żeby to wszystko zbierać do kupy?

Póki co jesteśmy happy, wdzięczni i czekamy na schabowe. Jutro czekają na nas kolejne wyzwania.