Suszarka, czyli ofiara cywilizacji.

Żeby mi tu nie było nieporozumień:

tak, ta ofiara, to JA.

Siedem lat temu uważałam suszarki do prania za absolutną fanaberię. I naprawdę nie wiem, co mi do głowy strzeliło, ale kupując pralkę do nowego domu, kupiłam również suszarkę. Do kompletu.

Najprawdopodobniej to irracjonalne zachowanie wynikało ze skrajnego wyczerpania intelektualno-emojonalno-fizycznego, bo innego wytłumaczenia nie znajduję.

Rodzina pukała się w głowę i sugerowała konsultacje u psychiatry.

W każdym razie zestaw: pralka i suszarka wjechał na poddasze i od tamtej pory na co dzień ratował nas przed katastrofą „Mamo, na rano potrzebuję strój na wuef… Tak, wiem że dochodzi północ. No sorryyyy…”, pozwalała w ciągu kilku godzin wyprać i wysuszyć całą zmianę pościeli, wyprać kołdry i poduszki, oraz nadać ręcznikom tę puszystą miękkość i świeżość bez płynów, na które jestem uczulona na kilometr.

I właśnie suszarka nam się zepsuła…

Nie, no spoko: pogodna ładna, słońce i wietrzyk. Wprawdzie nie mamy sznurków pod sufitem w żadnej łazience i musimy wszystko zmieścić na jednym stojaku, ale Piter nie czekając na ustawowe wieki od razu zamówił serwis i ten serwis ma być już w poniedziałek. A jak raz w ostatnim tygodniu większość rzeczy wyprałam, więc dramatu nie ma.

To znaczy: nie było...

Bo jak dziś wzięłam do ręki moje świeżo wyprane i wysuszone au naturel ręczniki, to komentarz miałam tylko jeden:

Ja się w ten papier ścierny wycierać nie będę.

odnośnie obrazka tytułowego:
Papier ścierny to ten Gustowny Fiolecik. Błękitna Laguna została wyprana jeszcze za życia suszarki.

KONKURS!
Skąd pochodzi „gustowny fiolecik”?
Zwycięzca będzie mógł sobie wybrać nagrodę.

KEY – TY jesteś z konkursu wykluczona. Z wiadomych względów.