Koniec pewnej epoki

Dziś jest taki… smutny dzień. Nie sądziłam, że kiedyś nastąpi i prawdę mówiąc jestem bezgranicznie zdziwiona, że jednak.

Prawda jest jednak taka, że dzisiaj żegnam się z blogowaniem.

Pierwszego bloga zaczęłam pisać w 2009 roku. To była Ogrodowa Książka Kucharska, do której wrzucałam nasze domowe przepisy. Zaczęłam gromadzić je na blogu, bo ciągle ktoś mnie pytał o to, jak zrobić którąś z jedzonych u nas w domu potraw. Madre na ogół kolejny raz pytała o „tę zupę”, Key przed świętami przypominała sobie, że nie wie, jak się robi makowce…

Moją inspiracją blogową była kuzynka Pitera, pisząca świetnego bloga o pierwszych krokach stawianych przez nią i jej rodzinę na norweskiej ziemi. Bloga Arlety czytałam z wielką przyjemnością i być może na jej fali narodził się Blog Roku, czyli 2012, który niespodziewanie – dzięki spotkanej po latach licealnej Pani Profesor – okazał się być książką 😉

Blogów opowiadających o naszym życiu było potem kilka. Powstawały i znikały. Z bardzo różnych powodów. To znaczy: znikały z różnych, bo powstawały z jednego: mojej ogromnej chęci pisania i kontaktu z ludźmi.

Siedząc od prawie ćwierćwieku z autystycznymi dziećmi w domu czuję się jak rozbitek na bezludnej wyspie. Bo naprawdę poza listonoszem czy sprzedawczynią nie bardzo mam się do kogo odezwać. Więc wymyśliłam sobie pisanie bloga, jako formę życia towarzyskiego, pozwalającą w jakimś tam zakresie zachować umiejętność formułowania myśli. Bo zbyt boleśnie zapisał mi się w pamięci pewien raut służbowy Pitera, na którym milczałam, bo nie byłam w stanie zbudować jednego, prostego zdania. Taki był rezultat całkowitej izolacji społecznej podczas czteroletniego skupienia się wyłącznie na chłopakach. Postanowiłam wtedy zrobić cokolwiek, byle podobna sytuacja się nie powtórzyła.

Lubiłam pisać. Nie wiem, czy nadal lubię, bo z czasem pisanie stało się dla mnie niemal nałogiem. Sądziłam, że jest to jedna z tych niewielu rzeczy, które jakoś mi wychodzą. W sensie, że nieźle. Jako dziecko, a potem młody człowiek, nieustannie bejsbolowany przez najbliższych, że się nie do niczego nie nadaję, że nic nie umiem, że ciągle daję plamę, że jestem jednym wielkim zawodem moich rodziców, bo niczego nie osiągnęłam, znalazłam w pisaniu bezpieczny obszar samorealizacji. Chociaż i tu zdarzały mi się chwile zwątpienia – ale kto ich nie ma?

Ten czas dobiegł końca.

Nie potrafię już pisać w kosmos.

Nie mam siły siadać każdego dnia do komputera, szukać tematów, wychodzić do ludzi i zderzać się z betonową ścianą milczenia.

Najwyraźniej nie miałam racji. Wcale nie jestem dobra w pisaniu. Bo gdybym była, to przecież Rutyna nie ziałaby pustką, niczym skażona radioaktywnym pierwiastkiem samotna skała na środku oceanu. A skoro jej czytelnicy nie widzą powodu, żeby zostawić po sobie choć cień komentarza, to znaczy, że ta cała moja pisanina na komentarz nie zasługuje.

Powiedzcie: jak długo jesteście w stanie robić coś, co nie ma sensu? Poza życiem, bo mało kto decyduje się na wcześniejsze, niż naturalne, jego zakończenie. Ja to ciągnęłam dwanaście lat. I czas powiedzieć:

Idź ty lepiej, koziołeczku, szukać swego Pacanowa.

Kornel Makuszyński, 120 Przygód Koziołka Matołka

Czymś się zajmę. Nie mam pojęcia, czym. Zacznę chodzić na spacery? Gapić się w sufit? Ostatecznie kto powiedział, że nie znajdę innych równie bezsensownych zajęć?

PS.
Dziękuję wszystkim, którzy zechcieli kiedykolwiek zostać jakiś komentarz pod moimi wpisami. To nie tak, że się obraziłam – ja naprawdę nie mam siły robić dalej czegoś, co nie ma sensu.