Brejking nius, czyli (niestety) (znowu) miałam rację

Tego wpisu w ogóle by nie było, bo przecież powiedziałam, że koniec z Rutyną i jedynie dojadę do końca wakacji moją lekkomyślną deklaracją fotograficzną, ale…

Dzisiejsze wydarzenie totalnie mną wstrząsnęło i wyssało mi resztkę cienia mgły znaczy sił. I nie dam rady zrobić drugiego wpisu fotograficznego, a to już wymaga jednak jakiegoś usprawiedliwienia, żeby nie było, że znowu słomiany ogień i nie dotrzymuję słowa.

Otóż dziś dowiedziałam się, że jestem nieodrzecznie nadopiekuńczą matką, ograniczającą możliwości swojego syna.

OK, przetrzyjcie oczy i przeczytajcie ponownie, a ja tylko dorzucę, że usłyszałam to od lekarza.

Teraz powinien być jakiś suspens i przerywnik muzyczny, ale na myśl przychodzi mi jedynie Dolores, drąca się:

Stay away from me
Just stay away from my house
Stay away from me
Stay away or I’ll sort you out

Cranberries, Delilah

Tu jest ten moment, kiedy wszystko się wali w gruzy z cichym jękiem. Bo postanowiłam niczego nie pisać i nie opowiadać, a potem BACH! Walnąć książkę o tym, co było dalej.

Znaczy: po książce o tym, co było przedtem. Ale to chyba oczywiste?

Chociaż u mnie to niekoniecznie…

Ale wróćmy do tego brejking niusa, bo inaczej utkniemy na wieki na Madagaskarze.

Wiecie: dygresje – poemat dygresyjny – Beniowski – Madagaskar…

Jezu, ja znowu…

Dobra, jak by to ująć… Niech będzie tak: BYĆ MOŻE wpadliśmy na jakiś pomysł i MOŻLIWE, że znaleźliśmy JAKĄŚ SZKOŁĘ dla BlueBoya.

W zasadzie to nawet nie jest szkoła, tylko kurs zawodowy. I w sumie to przyczepiliśmy się do niej wyłącznie po to, żeby BB miał ubezpieczenie od września (co w przypadku osoby z blokiem przedsionkowo-komorowym może być przydatne) oraz żeby(m) nie dostał(a) totalnego pierdolca jak utknie w domu na wieki… Przed tą konsolą i telewizorem.

No i przy składaniu papierów okazało się, że to nie jest szkoła, tylko kurs zawodowy, nie dający legitymacji, więc i ubezpieczenia, i właściwie można go potraktować wyłącznie w kategorii „potencjalna praca”, czyli u BlueBoya: HOBBY.

Ale BB już się relatywnie przekonał do pomysłu, więc żeby go nie zniechęcać, postanowiliśmy nie rezygnować ze szkoły kursu i szukać jednocześnie innych opcji dających wspomnianą opiekę zdrowotną.

Uff…

To „uff” to była niewypowiedziana dygresja miary Dekameronu, ale przypomniałam sobie, że porzuciłam pisanie bloga, więc chwilowo się powstrzymam przed rozwinięciem wątku.

Szkoła kazała się zgłosić do Medycyny Pracy, co właśnie dzisiaj zrobiliśmy. I tu zaczyna się nasza właściwa opowieść.

Dodam tylko, że przychodnia prywatna, więc za wizytę trzeba było zapłacić sto osiemdziesiąt złotych. Nie żebym żałowała dziecku, ale w kontekście ciągu dalszego – moim zdaniem – ma to jednak znaczenie.

BB poprosił, żebym mu towarzyszyła, więc pojechaliśmy razem. I na dzień dobry lekarka wyrzuciła mnie z gabinetu.

Tak, miałam rację wpadając w panikę po orzeczeniu nieorzekającym niepełnosprawność BlueBoya

tu można sobie poczytać ewentualnie:

obawiając się, że teraz każdy lekarz mojego syna może mnie po prostu wyprosić.

Żeby to było jasne: na początku wizyty zaznaczyłam w jakim jestem charakterze i dlaczego. Na to lekarka oświadczyła, że zna mnóstwo nadgorliwych matek, uniemożliwiającym swoim dzieciom normalne funkcjonowanie.

Powiem wam szczerze: zamurowało mnie.

Ja jej mówię, że syn – ZA, słaby w komunikacji werbalnej i wymaga wsparcia, a ona mi: spadaj!

No ok, powiedziała coś w rodzaju: „Pani obecność jest nieuzasadniona.” i „Skoro pan nie ma aktualnego przeczenia o niepełnosprawności, nie mam podstaw prawnych do akceptowania pani udziału w tej rozmowie.”, ale generalnie nikt chyba nie ma wątpliwości, że było to SPADAJ!

I mnie zatkało, bo od prawie ćwierć wieku chodzę z chłopakami po lekarzach i jakieś doświadczenie mam. A ostatnio zaliczamy maraton po poradniach ze względu na zbieranie dokumentacji potrzebnej do odwołania od tego idiotycznego nieorzeczenia. I wszędzie, ja to może podkreślę: WSZĘDZIE spotykamy się ze zrozumieniem, wsparciem i chęcią pomocy, więc do głowy mi nie przyszło, że jeśli powiem: „Mój autystyczny syn potrzebuje pomocy podczas tej wizyty, żeby przebiegła ona sprawnie„, usłyszę, że cierpię na przeniesiony zespół Münchausena i zasadniczo to mam się wynosić.

Ta gwiazda medycyny pracy zabłysnęła jeszcze innymi mądrościami. Na przykład zapytała BB, gdzie się leczy na Zespół Aspergera. A potem zażyczyła sobie zaświadczenia o braku przeciwwskazań do zawodu od… psychiatry.

I zdaje się, że wtedy nie wytrzymałam. Bo wcześniej relatywnie (każdy, kto mnie zna, rozumie o czym mówię) trzymałam język za zębami. Z tego prostego powodu, że nie chciałam, aby zdecydowanie przeczekująca do przejścia na emeryturę doktorka, odegrała się wpisem o przeciwwskazaniach do wykonywania zawodu. Ale wtedy nie wytrzymałam i pouczyłam ją (bo inaczej tego nazwać się nie da), że Zespołu Aspergera się NIE LECZY. A przepisujący antydepresanty na łagodzenie okresowego napięcia emocjonalnego psychiatra jest ostatnią osobą, mogącą wskazać przeciwwskazania do nauki zawodu FOTOGRAFA.

Wspinając się na wyżyny eufemistyki (nie wiem, takie słowo istnieje, ale bardzo mi tu pasuje – jakby co, to potraktujemy je jako neologizm): rozstałyśmy się w mało przyjaznej atmosferze. Mówiąc wprost: wyleciałam z gabinetu. I wprawdzie BB dołączył do mnie kilka minut później z zaświadczeniem otwierającym mu drogę do edukacji, to jak otworzyłam butelkę MP, usiadłam do pisania skargi.

Zaczyna się tak:

Jestem głęboko zaniepokojona sposobem, w jaki państwa przychodnia traktuje osoby z niepełnosprawnościami…