Sukces czy porażka?

Za nami kolejny tydzień Najdziwniejszych Wakacji Życia. Najdziwniejszych, bo TE wakacje powinny być jedyne w swoim rodzaju. Człowiek ukończył szkołę. Przed nim cała dorosłość. A póki co ma najdłuższe wakacje ze wszystkich dotychczasowych i może poszaleć.

TE wakacjejedyne w swoim rodzaju, tylko zamiast pierwszego zachłyśnięcia się dorosłością, mamy bolesne z nią zderzenie. A zamiast celebrować sukces edukacyjny w wymarzonej podróży śladami Harrego Pottera, pielgrzymujemy od gabinetu, do gabinetu, ścigając się z czasem.

No właśnie: czy sukces?

Nigdy bym sobie nie zadała takiego pytania i pojawiające się od czasu do czasu tego rodzaju sugestie zawsze budziły moje zdziwienie. Ale kiedy usłyszałam je w poradni zajmującej się problemami niepełnosprawnych uczniów, poraziło mnie swoją pełną sprzeczności zasadnością i zmusiło do zatrzymania.

„Nie myśli czasem pani o tym, że ta cała praca, którą włożyliście w usamodzielnianie syna, obraca się teraz przeciwko wam?”

Jasne. Gdybyśmy nie cisnęli BlueBoya, to zgodnie z rokowaniami psychologa sprzed trzynastu lat skończyłby jakąś szkołę specjalną dla mocno zaburzonych dzieci i być może (bo przecież nie wiemy, jak by przebiegał jego rozwój) trafił do szkoły uczącej zawodu. Może nawet się go nauczył. Tymczasem nadgorliwość mamusi sprawiła, że nauczył się mówić, pisać i czytać, pokończył te podstawówki, gimnazja i liceum i na tyle dobrze funkcjonuje, że mu nie przyznali statusu osoby niepełnosprawnej. No i mamy problem.

Nasz problem wynika z tego, że udało nam się osiągnąć za dużo: bo nie siedzi w kącie i nie gapi się tępo w ścianę, i jednocześnie za mało: bo nie funkcjonuje jak osoba neurotypowa. Jesteśmy zatem w rozkroku między dwoma światami i w żadnym nie ma dla nas miejsca.

I z punktu widzenia pragmatycznej wygody (czy też wygodnickiego pragmatyzmu) ponieśliśmy porażkę i to na własne życzenie. Bo gdyby BB był nieogarniętym tłumokiem, uznano by go za niepełnosprawnego, może nawet w stopniu znacznym, dostałby rentę i mógłby resztę swojego życia przegrać na konsoli, chodząc po domu w powyciąganych dresach. Tylko mamy problem, bo ja się na taką opcję nie zgadzam. I być może nie mam racji, a z pewnością – swoją postawą niczego nikomu nie ułatwiam, ale wydaje mi się, że w życiu chodzi o coś więcej, niż zjeść i wydalić. Chyba, że faktycznie niewiele więcej da się. Ale w przypadku BlueBoya nie mamy do czynienia z chorym w stanie wegetatywnym, tylko z człowiekiem, który w obszarze swoich ograniczeń ma wiele możliwości. I nie wyobrażam sobie, żeby ich nie wykorzystać, bo łatwiej by było po prostu się nie wysilać.

Ale chwilami dopada mnie takie zniechęcenie, że myślę sobie: „Po co mi to wszystko było???”. Dwadzieścia lat harówy, walki o najmniejszy krok do przodu, przebijania głową murów, zszarganego zdrowia… Odłożyłam całe swoje życie na bok i zajęłam się stawianiem BB na nogi. Właśnie BB, bo Kuba nam jakoś zupełnie odjechał. Nie dlatego, że nam na nim nie zależy, tylko u niego nie dało się pocisnąć. Kuba cały czas jest dla mnie nieodgadnioną zagadką, do wnętrza której nie umiem się dostać. Potencjału, którego nie umiemy wydobyć. Więc działałam tam, gdzie się dało. I po tych wszystkich latach bańka pękła, a my znaleźliśmy się pośrodku niczego.

I ja się zastanawiam, po jaką cholerę przeoraliśmy dwadzieścia lat???