Koniec ery ostatniej szansy

Powinniśmy byli odciąć się dawno temu. Ale człowiek ma dobre serce i wrażliwość na drugiego. Również tego, który nieustannie bruździ, zawodzi i doprowadza do szewskiej pasji.

Nie, nie mam tym razem na myśli mojego drogiego męża. Surprise, nie?

No więc siedzę z tym problemem, głowę sobie łamię, bo jednak jakieś resztki wieloletniego prania mózgu zostawiły osady na bębnie maszyny losującej, aż tu przychodzi BlueBoy i mówi: „Sorry, mama, ale ja mam dość.”. Więc skoro BB ma dość, to ja chyba też mogę, zwłaszcza że moje rozterki od lat wynikają wyłącznie z niechęci spieprzenia własnym dzieciom relacji rodzinnych.

Skoro dzieci same mają dość, to chyba oznacza dla mnie zielone światło, wolność i drinki z palemką.

Moje relacje rodzinne nigdy nie przypominały sielanki z filmów familijnych. Przywykłam. Mało tego: latami pozwalałam jeździć po sobie, jak po burej suce, bo tak zostałam wytresowana. Przestałam się na to zgadzać dopiero wtedy, kiedy znane mi z dzieciństwa metody manipulacji zaczęły być stosowane na moim synu.

Ubiegły rok był dość trudny.

Aha, już słyszę ten śmiech, że niby wszystkie pozostałe to wzór życiowych płatków róż pod stopami. WYBACZAM.

Pandemia. Nauczanie zdalne. Brak letniska.

(naprawdę ktoś myślał, że o tym nie wspomnę???)

Wakacje w domu. Koniec szkół chłopaków i kompletna czarna dziura co do dalszej przyszłości.

Jak ktoś BARDZO CHCE, to może sobie przeskrolować bloga w dół i poczytać.

No w każdy razie lekko nie było.

Zaczęliśmy szukać jakiegoś pomysłu na przyszłość dla BlueBoya. Specjalnie poszaleć w czym nie było, a nasze poszukiwania zmierzyły w pewnym momencie w stronę networku. Nie żeby budować jakąś potężną sieć i odcinać z niej kupony – wystarczyłoby po prostu cokolwiek. Żeby BB miał zajęcie. Jakiekolwiek.

Od lat korzystamy z wielkim zadowoleniem z Amwaya i Tupperware. Moglibyśmy być żywą reklamą skuteczności LifeWave. A jeszcze pojawiły się w naszym domu GreenWayowe ściereczki do sprzątania i czyszczenia w duchu eco zero waste, więc było w czym wybierać. Jedynym problemem był brak znajomych, którym moglibyśmy pokazać te sprawdzone przez nas cuda.

Tu na scenę wkroczył Tatui, chwalący się BlueBoyowi nie tylko ogromnym i wieloletnim doświadczeniem w marketingu sieciowym, ale i oszałamiającą liczbą ponad tysiąca znajomych!!!

Zauroczony BlueBoy poprosił dziadka o pomoc w postaci wysłania do tych swoich znajomych maila z prośbą, o rzucenie okiem na BlueBoyowy blog, na którym BB opisywał działanie ściereczek. Bo uznał, że od niech zacznie swoją karierę zawodową. I dziadek… odmówił…

Raz jeszcze: walczący o normalne funkcjonowanie wnuczek próbuje zrobić COKOLWIEK, żeby nie wylądować na rencie przed konsolą, a dziadek odmawia mu wysłania do swoich mitycznych przyjaciół głupiego maila. Jednocześnie ten sam dziadek co tydzień zasypuje mi pocztę jakimiś gównianymi informacjami o garnach sprzedawanych przez swoją „dobrą znajomą”, kursach ajurwedy, dietach na wszystkie dolegliwości świata, technikach jogi oddechowej (jak raz prowadzonych przez inną przyjaciółkę), środkach przeciw komarom czy metodach przycinania drzew liściastych po sezonie. Zaproszenia do wizyty na blogu wnuka nie wyśle, bo… nie będzie zaśmiecać komuś poczty.

Żeby na tym się skończyło, to byśmy właśnie nie rozmawiali na temat. Ale po prostym pytaniu BlueBoya do dziadka, jak to jest, że najpierw deklaruje pomoc, ba! urabia go: „Tylko mnie możesz zaufać, jak ci we wszystkim pomogę…”, a kiedy faktycznie się o te pomoc prosi, to tak jakoś niekoniecznie, nastąpiła eksplozja. Najkrócej mówiąc dziadek wdeptał BlueBoya w ziemię, zarzucając mu chamstwo, brak kultury i szacunku, egoizm i kilka jeszcze pomniejszych zbrodni.

BB zgłupiał doszczętnie, bo tydzień wcześniej słyszał na swój temat peany o dobrym wychowaniu, trosce o rodzinę i zaangażowaniu w szukaniu własnej drogi życiowej.

Wiem, że już o tym pisałam, ale tak jak mnie wówczas zatrzęsło, to trzęsie mnie do dzisiaj. Zwłaszcza, że nastąpił ciąg dalszy.

Mija rok. Przez ten rok raz BB jest ukochanym wnukiem, raz rozwydrzonym gówniarzem. Nigdy nie wiadomo, na co się trafi. BB ma ochotę pieprznąć słuchawką, ale powstrzymuje się, żeby nie dać dziadkowi dowodu na to swoje chamstwo, co dziadek odczytuje (suprise-surprise) jako: MAM RACJĘ. My przez ten rok ciężko pracujemy (odsyłam do bloga). Ani razu nie pada jakiekolwiek pytanie o sytuację, o to co dalej. Gdzieś na wiosnę dziadek robi sobie żarty, że ma COVID i BB prawie dzwoni po pogotowie, bo mu się wydaje, że dziadek zaraz umrze. A że nadal nie przeżył do końca śmierci Filozofa i dopiero co pochował Dziadka Zdzisia, jest mocno wyczulony na te kwestie. Dostajemy obie z Madre i Piterem szału, więc po kilku burzliwych rozmowach dziadek mówi BlueBoyowi, że tylko sprawdzał jego czujność…

Tu mała dygresja dla tych, którzy nie pamiętają: osoby ze spektrum często nie funkcjonują na poziomie metafor i uogólnień i wszystko biorą dosłownie. Więc trzeba uważać, co i jak się im mówi. I teoretycznie dziadek dwudziestolatka z ZA powinien o tym wiedzieć.

Tymczasem jedziemy dalej i dalej zagłębiamy się w coraz gęstszą sieć oplatającą coraz bardziej skonfundowanego BlueBoya. Bo wprawdzie nadal dziadek nie interesuje się jego problemami z nauką, ani pomysłem na to, co po szkole (do biznesu bezpiecznie nie wracamy), ale wracają kwestie zaufania i budowania wyjątkowej więzi. Od Madre dowiaduję się, że ojciec kwestionuje moją wydolność wychowawczą, zarzuca mi wyolbrzymianie problemów moich synów i oświadcza, że w tej sytuacji ON musi się wziąć za ich wychowanie. To znaczy BB, bo Kuba przecież do niczego się nie nadaje. Potem dzwoni do Pitera (ojciec, nie Madre – Madre dzwoni do mnie, na ogół bezgranicznie wzburzona) i sugeruje, aby mój mąż wysłał mnie do psychiatry, bo ja jestem nienormalna. Do psychiatry idziemy, ale z BlueBoyem, którego sytuacja zaczyna przerastać i potrzebuje antydepresantów.

Po tekście: „Nie mów o naszych rozmowach nikomu, a zwłaszcza twojej mamie. To są nasze sprawy.” wychowany w dobie Internetu BB natychmiast przychodzi do mnie (to jest wyćwiczony automat!!!) i od tej pory konsultuje każdą wymianę esemesów. Dziadek przerzuca się na rozmowy telefoniczne. BB przestaje odbierać telefon. Wreszcie nie wytrzymuje i przychodzi z pytaniem, czy może dziadka zablokować, bo to chyba nie jest normalna sytuacja, żeby ktoś próbował rozpieprzyć relacje między własną córką a jej synem, któremu ona poświęciła tyle lat.

To mi mówi dwudziestolatek z Zespołem Aspergera, łapiecie???

Wreszcie mamy koniec szkoły, odebranie BB statusu osoby niepełnosprawnej, cały ten cyrk z odwołaniem, z diagnozami, lekarzami, poradniami i szukaniem na gwałt jakiejś koncepcji na życie od września.

Ojciec ani razu nie pyta nas na czym stoimy (nie, no bo po co prawnik miałby pytać, czy nie potrzebujemy w tej sytuacji jakiejś pomocy w napisaniu odwołania…), za to zaczyna wydzwaniać do Madre i BlueBoya z genialnymi rozwiązaniami. Skoro my (Piter i ja) kompletnie sobie nie radzimy, to on znajdzie rozwiązanie. Przecież BB może zrobić prawo jazdy i rozwozić pizzę! Albo pracować jako kurier czy ochroniarz! W czym problem?

Nie jesteśmy w stanie zareagować. Jak już nas odblokowuje, całą trójką wypowiadamy słowa zdecydowanie nienadające się do jakiejkolwiek publikacji. Madre próbuje wyjaśnić ojcu jak wygląda sytuacja, on wie swoje, Piter odbija się od ściany „Taaak? No popatrz… Nie wiedziałem…”, BB znowu wysłuchuje prelekcji na temat swoich możliwości, o których nie wie, mnie się obrywa, że NIGDY, ale to NIGDY nie padło słowo „rozwożenie pizzy” – to był tylko przykład.

I tu popełniam błąd. A nawet dwa.

Po pierwsze: po raz kolejny wyjaśniam ojcu, jak funkcjonuje BB. Robiłam to pierdyliard razy, więc wiem, że to nie ma sensu, ale wyjaśniam. Żeby nie mógł powiedzieć, że nie wiedział.

Mówi.

Kilkakrotnie.

Do różnych osób.

ŻE NIE WIEDZIAŁ.

Po drugie: wymyślam, że skoro jest taki zaangażowany, to niech to zaangażowanie na coś się przyda. BB nie ma orzeczenia, nie może skorzystać z żadnej formy aktywizacji osób niepełnosprawnych. Jego dalsza edukacja na normalnych warunkach jest niemożliwa. Za chwilę skończy mu się opieka zdrowotna. Jeśli mamy płacić składki do NFZ, to może zarejestrujmy jakąś formę działalności gospodarczej – przynajmniej będzie można odpisać sobie kawę i papier do drukarki…

oraz tego Grand Voyagera dla mnie oczywiście

Ojciec zęby zjadł na zakładaniu firm. Sporo ich uratował przed kłopotami. Zna się na tym. Niech pomyśli, jaka forma byłaby najlepsza.

Ale nie: PRZYŚLE MI LINKI, tylko przygotuje step by step: co gdzie kiedy jak. Raz w życiu niech pomoże. To jakby dziadka pediatrę poprosić o sprawdzenie, czy wnuk ma gorączkę. Siedzi w tym od wieków. To dla niego godzina pracy.

Kiedy okazuje się, że nie ma porozdzielać zadań, tylko samemu je wykonać, okazuje się, że „sprawa nie jest pilna… mamy czas…”. A w ogóle to on się teraz musi zająć biznesplanem dla swojego osieroconego bratanka (facet z własną firmą, domem, rodziną itd).

Nadal dzwoni do BB. Nadal opowiada mu o wartościach rodzinnych. Nadal podważa moje kompetencje. Oraz wiarygodność.

BB ma dość. Piter ma dość. Madre zaczyna odmawiać litanie dziękczynne, że się rozwiodła prawie czterdzieści lat temu.

Definitywnie puszczają mi nerwy po stwierdzeniu, że niby jakiej pomocy ze strony rodziców wymaga BB, skoro ukończył liceum i szkołę muzyczną i świetnie sobie radzi ze wszystkim. Znaczy ja po prostu kłamię, Bóg wie z jakiego powodu. Pewnie żeby brać ten zasiłek dla Matki Autyzmu. Zamiast kupić synom mieszkania i wykopać ich z domu, to kurna chodzę i wmawiam światu, że są niesamodzielni, że przez trzynaście lat odrabiałam z nimi każdą pracę domową, że wymagają stałego wsparcia. Bullshit! Przecież BB pisze takie poprawne esemesy!

Dwa dni później nie oponuję, kiedy mój syn oświadcza, że nie będzie więcej odbierać telefonów od dziadka. I generalnie ma tego wszystkiego dość.

Może się zastanawiacie, co tu robi Madre?

Przecież darłyśmy strasznie koty, a historia operacji BlueBoya jest historią o zerwaniu relacji z własną matką.

Tak, to prawda. Ale jakiś czas temu usiadłyśmy i spokojnie sobie wszystko omówiłyśmy. I od tamtej pory Madre stara się. Naprawdę. Interesuje się OBOMA chłopakami. Spędza z nimi sporo czasu. Dużo rozmawiają. Nawet z Kubą próbuje, co nie jest łatwe, ale bardzo potrzebne. Jeśli czegoś nie wie – pyta. Fakt, czasami wymyśla jakieś absurdy, ale każdy, kto tu nie mieszka by wymyślił, bo nasza rzeczywistość chwilami nie mieści się w głowie. Fakt, czasami doprowadza mnie do pasji komentarzami, ale daje sobie wytłumaczyć, że nie ma racji, kiedy jej nie ma. Do bólu pamięta o naszych wizytach lekarskich i komisjach. Pamięta imiona ich przyjaciół. Cieszy się z sukcesów i martwi trudnymi sytuacjami. I dlatego szlag ją trafia, kiedy słyszy pytanie swojego byłego męża, a dziadka ich wspólnych wnuków, czy jak się idzie z moimi synami do restauracji, to nie narobią wstydu.

Nie narobią. Chyba, że pójdą z dziadkiem.

Jezu, no tak: moi autystyczni synowie od urodzenia chodzą do restauracji – w Polsce, we Włoszech, we Francji, Holandii, Austrii i na Węgrzech. Odkąd potrafią czytać (a kurna potrafią) wybierają sobie sami dania z menu. Za granicą tłumaczymy im kartę, w Polsce nie musimy. Używają noża, widelca i serwetki. I w przeciwieństwie do niektórych członków rodziny – widelczyka do ciasta. Może Kuba czasem coś głośniej powie, ale nie zdarzyło się, żeby ktokolwiek zwrócił nam z tego powodu uwagę. Jak widzimy, że nadciąga problem, po prostu wychodzimy zanim wybuchnie. Mamy w tym ponad dwadzieścia lat praktyki.

Key nie może zrozumieć, jak jednocześnie można kogoś uważać za całkowicie normalnego, którego matka z nie wiadomo jakiego powodu przedstawia jako niesamodzielnego, i pytać, czy wyjście z tym kimś do restauracji czy muzeum nie oznacza czasem totalnego obciachu. Można. Jeśli się bierze to, co w danej chwili jest wygodne i na rękę.

Ja natomiast nie rozumiem, jak można nie chcieć poznać własnych wnuków, żeby wiedzieć, jacy są naprawdę. Jak można podburzać dziecko przeciw oddanym mu rodzicom, bez których wsparcia nigdy nie znalazłoby się w miejscu, w którym udało mu się znaleźć. Jak można manipulować ludźmi, którzy ze względu na specyfikę swojego funkcjonowania są całkowicie bezbronni wobec manipulacji.

Wiem, że ten tekst jest cholernie długi. A i tak zawiera ułamek tego, co można by powiedzieć na ten temat.

Wiem, że oznacza wojnę. Ale nie ja ją rozpętałam.

Jestem w tej chwili w sytuacji, w której naprawdę jest mi to obojętne. Jak zwykle sami znajdujemy rozwiązania problemów, z którymi zderza nas życie. Jest kilka pomysłów. Przebijamy się z nimi przez system, wyszarpując co się da wyszarpać. Jeśli chcecie – napiszę wam o tym, ale już w oddzielnym poście 😀

Dziękuję, że nam towarzyszycie w naszych zmaganiach. Jak widać czasami w tle mamy „urozmaicenia”, które dodatkowo nas obciążają. Emocjonalnie, czasowo, organizacyjnie. Nie chcę o nich pisać za każdym razem, bo i tak poświęcam im więcej uwagi, niż na to zasługują.

Uściski

Jo.