FOTOWAKACJE 2021/43

Myślicie, że skoro Piter od ręki znalazł firmę remontową, to dalej poszło jak z płatka?

W zasadzie tak. Ale też i nie. I nie mam tu na myśli wywołującą zawał kwotę do zapłaty.

Właściwie to każdego kolejnego dnia remontu kwota przestawała mnie dziwić… I przekonałam się, jak wygląda naprawa tynku na całym domu…

A także życie przy zaklejonych folią oknach i trzydziestostopniowym upale.

Remont zaczął się sprawnie. Przynajmniej do momentu, kiedy w połowie pierwszego dnia pana remonciarza u…żądlił szerszeń. Wprawdzie pan remonciarz użył innego, barwnego określenia z języka budowlańców, ale myślę, że łapiecie klimat?

Na szczęście nie umarł ani nie trzeba było wzywać pogotowia, ale zrobiło się nieciekawie. Znaczy pan remonciarz nie umarł, bo co do szerszenia…

Szerszenie zagnieździły się na domu sąsiadki, w takim dyskretnym miejscu pod dachem, koło naszego górnego tarasu. Aż dziwne, że nie udziabały nikogo z nas, ani nie wleciały do domu. Owszem, zdarzyło nam się widzieć odbijające się od okien messerschmitty, ale na oglądaniu się kończyło, więc nie mieliśmy pojęcia, że mamy takie (niebezpiecznie bliskie) sąsiedztwo.

Ponieważ Pani Sąsiadka aktualnie przebywała na działce, uruchomiliśmy przez Pana Darka (osiedlowego ochroniarza) Akcję Szerszeń i po serii telefonów oraz zdalnych konsultacji powitaliśmy następnego dnia o świcie ekipę od eksterminacji szerszeni.

To była sobota, więc do poniedziałku trupy szerszeni udekorowały okolicę i można było przystąpić do dalszych działań.

To znaczy: można by było, gdyby nie to, że szef/właściciel zapomniał nam powiedzieć, że nie przyjadą. Bo w poniedziałek on dopiero wraca z weekendu.

Jak już go złapaliśmy, to zapowiedział, że we wtorek jednak też nie przyjadą, bo ma lać. Deszcz.

Pojawili się w środę, rozstawili rusztowania. Suka dostawała pierdolca, bo po domu ciągle chodzili obcy ludzie. No bo musieli schodami dostać się na górny taras i z powrotem. Wielokrotnie. A ona siedziała w kojcu, bo inaczej spowodowałaby tysiąc wypadków śmiertelnych, jako że ciągle na kogoś skakała, albo zaplątywała się między nogami.

W czwartek pozdejmowali rynny, zablokowali wyjście z domu i zakleili okna folią.

Suka dostawała pierdolca, bo za tymi oknami coś się działo, a ona nie widziała co. Siedziała na przemian w moim i Pitera pokoju, więc żadne z nas nie mogło się skupić na jakiejkolwiek pracy, bo wysiłek intelektualny nie jest kompatybilny z psią histerią.

W piątek ekipa się nie pojawiła. W ciągu dnia dowiedzieliśmy się, że mieli wypadek i jeden z robotników jest w ciężkim stanie w szpitalu. Nie wiadomo, kiedy wrócą.

Mieliśmy zdjęte rynny, a na weekend zapowiadano ulewne deszcze i burze…

Na szczęście w sobotę przestało na chwilę padać i wtedy przyjechało dwóch panów, którzy chyba zainstalowali część rynien. Wolałam nie patrzeć…

Od poniedziałku robota ruszyła pełną parą, suka oszalała do reszty, ja straciłam rachubę, ile osób kręci mi się po domu i ogródku oraz w ogóle przestałam patrzeć na to, co mi zostanie z tego ogródka.

We wtorek mieliśmy w planach powrót po ponadrocznej przerwie na korty, a tymczasem czas płynął, dawno minęła szesnasta, a praca nie zwalniała tempa, tylko wręcz przeciwnie: przybierała na intensywności. Malujący elewację mieszali się z przestawiającymi rusztowania, a miotający ukraińskimi kurwami (i nie tylko…), ściśnięci na moim biednym balkonie panowie usiłowali dopasować nowe rynny. Okazało się bowiem, że ekipa zaplanowała zakończyć prace i ciągnęła na wydechu do końca.

Odzyskaliśmy ciszę. Dom wygląda jak nówka. Mam nadzieję, że rynny nas nie zawiodą. Piter wprawdzie nie sprawdził, czy koszty remontu można jakoś odliczyć od podatku, więc udaję, że nie słyszę jego pytań, czy mogę się dołożyć finansowo do wakacji. No i ignoruję kompletnie to, że mój drogi mąż postanowił nie przypilnować robotników, żeby przestawili na miejsce te cholerne skrzynie z roślinami… Bo jak przypominałam mu o tym, to z pyskiem wyjeżdżał, że nie muszę mu wiecznie o tym przypominać. No to nie. Niech sam przestawia. Zaczekam. Kiedyś zgłodnieje i będzie chciał zjeść obiad czy kolację. Ja mam czas…

PS.
Chciałam jedynie dodać, że ekipa (poza darmowymi lekcjami branżowego ukraińskiego) naprawdę zrobiła na mnie dobre wrażenie. I nie mam tu na myśli tatuaży, tylko porządek. Oni po prostu po sobie sprzątali. Chodzili z miotłą i szufelką, wynosili worki ze śmieciami i spłukiwali ogrodowym wężem pył z tarasu i mebli ogrodowych. Starali się nie zdemolować moich roślin. No cudów nie ma – jak się cały, obrośnięty roślinami, dom obstawia rusztowaniami a potem skuwa tynki, to nie da się całkowicie uniknąć zniszczeń. Ale jeśli szukacie ekipy remontowej, to z czystym sumieniem mogę tę naszą polecić.