Weekend w Holandii

„Cieszysz się, że wracasz do domu?” – zapytał BlueBoy gdzieś pomiędzy tymirobakami a wieczornym drinkiem.

Tak, cieszę się, chociaż nasze krótkie holenderskie wakacje były niezwykle udane. Ale ja po prostu lubię wracać do domu 🙂

Nie wiedziałam czego się spodziewać po mieście, którego nie można znaleźć w żadnym przewodniku, a i Internet podaje jedynie lakoniczny opis w Wikipedii oraz kilka zdjęć. Tymczasem Roermond zachwyciło nas i dwa dni okazały się zbyt krótkie, żeby zobaczyć choćby połowę lokalnych atrakcji.

Nie udałoby nam się ich zobaczyć w ogóle, gdyby nie Dagmara. Tak naprawdę: gdyby nie ona – nigdy byśmy nie wpadli na pomysł weekendu w mieście nad rzeką Rur.

To co? Pora na relację?

Po Oberżynowym spacerze, czas na nieco backstage’u. Bo katedry – katedrami, kamienne mosty – kamiennymi mostami, a przecież ani słowa nie było o Galerii… Ani o tym, czy Plan (prawie) Doskonałego Morderstwa miał swój dalszy ciąg. No to lecimy!

Jo w Galerii Handlowej

Do Galerii trafiliśmy szybciej, niż bym to sobie wymyśliła. Bo właśnie przez galerię wychodziło się z parkingu, na który wjechaliśmy nie mogąc znaleźć miejsca do rozpakowania samochodu przed hotelem. Następnego dnia padliśmy z wrażenia, bo Galeria była dosłownie pięć minut drogi od hotelu, tylko my – poprowadzeni ewidentnie „wstawionym” dżipiesem – obeszliśmy bez sensu pół dzielnicy…

Zatrzymaliśmy się w hotelu, jedliśmy w restauracjach. Nie było najmniejszego powodu, żeby wchodzić do jakiegokolwiek marketu, co dla mnie – bądź co bądź blogerki KULINARNEJ, było dość trudne… Z pomocą przyszedł mi Kuba żądając soku. Nawet Piter odpuścił, bo wiadomo: Kuba zawieszony na braku soku oznacza poważne kłopoty.

Zatem poszliśmy do JUMBO na zakupy. I ja, proszę państwa, nie wzięłam telefonu, który zostawiłam w pokoju do ładowania, przed zwiedzaniem z Dasią… Musiałam prosić Pitera – już i tak bardzo niechętnego – do pstryknięcia czegokolwiek. No to pstryknął. Cokolwiek. Sałatki i gotowe zestawy do przyrządzenia kolacji.

No więc utknęłam w tym JUMBO na dobre, Kuba szukał soku, BlueBoy zastygł przed płatkami śniadaniowymi, a mój mąż ostentacyjnie przewracał oczami. W końcu wyciągnął mnie siłą z alejki z przyprawami, na dodatek każąc zapłacić za zakupy: te marne soki dla Jakuba i chwycone w pośpiechu puszki z croissantami do upieczenia w domowym piekarniku. „No chyba nie zamierzasz kupować w Holandii wina? Piwo masz w hotelu! A czekolada rozpuści nam się, zanim stąd wyjdziemy!”.

Jakbym z moim ojcem była na tych wakacjach, słowo daję.

[nie, to nie jest komplement]

Budynek Galerii mieścił piętrowy parking, mieszkania, halę marketu i przykrytą szklanym dachem uliczkę ze sklepami. Na zdjęciach widzicie również makietę z otoczoną murami starą częścią miasta. Oraz obawiam się, że MNIE ze zdobycznymi croissantami… Identycznymi, jak te, które kupowaliśmy w Auchan w Rivoli.

Z wątków, które nie znalazły się na Oberżynie, warto też wspomnieć króciutki wypad na lodowe spaghetti, praktycznie na granicy, podczas którego BB poszedł sobie do Niemiec rozprostować nogi oraz jedynie muśniętą wizytę w Parku Narodowym, z której musieliśmy się ewakuować, żeby nie nadużywać cierpliwości Jakuba. Zresztą jak się BlueBoy dowiedział o żmijach, też nie pałał entuzjazmem do dalszej wędrówki…

Lody w Ijssalon Ti-Amo, Vlodrop

Nationaal park de meinweg

Jeśli pytacie: jak w ogóle chłopcy i czy im się podobało, to chyba tak. Najbardziej podobało im się chodzenie po knajpach, ale to już wcześniej ustaliliśmy, że obaj poszli tu w Filozofa… Łaskawie wytrzymywali moje rozmowy z Dagmarą a wielogodzinne spacery po mieście, połączone z robieniem zdjęć, chyba nawet przypadły im do gustu.

W tych knajpach jedli głównie hamburgery z frytkami, może nieco zdziwieni, że matka im szat nie drze za każdym razem, tylko zamawia bez protestu. Jedynie colę zamienia na IceTea.
W musującej (żeby nie powiedzieć: frizzante) IceTea zakochaliśmy się wszyscy. I stała się ona drugim, po wyciąganiu mnie na siłę ze sklepu spożywczego, powodem potencjalnego rozwodu. Bo zapragnęłam kupić zapas do domu, a Piter odmówił jeżdżenia po okolicy w poszukiwaniu czynnego sklepu. Takiego, pod który można by podjechać samochodem i zapakować zakupy od razu do bagażnika, z pominięciem tachania tobołów przez pół miasta.

na piechotę

Roermond jest miastem uroczym, a ten urok wynika również z zamknięcia dużej jego części dla ruchu samochodowego. Niestety oznacza to problem z transportowaniem czegoś więcej, niż podręczna torebka. Myślę tu zarówno o walizkach, jak i zakupach. Przyzwyczajeni do podjeżdżania pod same drzwi ciężko znosiliśmy targanie wszystkiego do oddalonego od hotelu spory kawałek parkingu. A targać trzeba było wszystko, bo na parkingach ostrzegano przed złodziejami czyhającymi na pozostawione w autach rzeczy.

Drugim minusem były schody w hotelu, bardziej przypominające drabinę albo wyposażenie jachtu niż hotelową klatkę schodową. Schody obejrzeliście już sobie w Oberżynie, więc jedynie tu o nich napomykam. W sumie łapią się do rozdziału „Na piechotę.”

Wszyscy z zapałem robiliśmy zdjęcia, a najbardziej oczywiście Kuba, który wszystko zwiedza przez obiektyw aparatu. Fotografuje każdy szczegół i to po kilka razy, więc aparat stale ma pod ręką. Przeżyliśmy przez to chwilę grozy, bo po wejściu do Katedry Kuba nie mógł znaleźć aparatu. Na szczęście przypomniałam sobie, że widziałam go na stole podczas jedzonego chwilę wcześniej obiadu. A na jeszcze większe szczęście miłe panie kelnerki zgarnęły ten aparat zanim zaopiekował się nim przypadkowy przechodzień i Jakub po odzyskaniu sprzętu mógł uwieczniać filary, witraże i wytarte przez wieki płyty nagrobne.

Co z tym usiłowaniem zabójstwa?
Podróżowaliśmy samochodem. I od razu powiem wam, że droga przez Wrocław nie jest, powtórzę: NIE JEST dobrym pomysłem. Wręcz przeciwnie. Jest pomysłem złym. Chyba, że waszym celem jest wysłanie za tęczowy most własnej małżonki, dla której ponad czternastogodzinna podróż samochodem oznacza wyjście już nie poza strefę komfortu, ale poza własne możliwości przetrwania.

Dojechaliśmy do domu po północy i moje zwłoki chyba tylko siłą nawyku przetransportowały się na łóżko. Nie będę wam wymieniać organów nadających się do retransplantacji, bo lista zajęłaby mi resztę tego posta, a chciałabym jeszcze napisać dwa słowa o Dasi. W każdym razie zastrzegłam, że nigdy więcej nie zgodzę się na taką trasę i jeśli trzeba będzie odłożę sama pieniądze na polski odcinek autostrady (a biorą, jak za zboże…). A już w szczególności nigdzie nie pojadę więcej z psychopatycznym kierowcą, zapierdzielającym sto trzydzieści po autostradzie, w nocy, po trzynastu godzinach prowadzenia samochodu.

Tak, piszę o moim drogim mężu.

Nie, jak widać i tym razem nie udało mi się mnie zabić. Ale nie traci nadziei.

Jasne, że Jaerk zaraz złoży mu stosowne wyrazy solidarności, no co za pytanie…

Wizyta u Maradag była dla mnie niezwykle wzruszająca. Przede wszystkim ze względu na Gospodynię. Ale i na historie, w których internetowo brałam udział przez te ostatnie lata. Jeszcze od czasów blogowych rozmów z Renią… I te wszystkie obrazy, które Dagmara pokazywała na swoim blogu… I opowieści z nimi związane… I Jazz… I Ciptaszki… I Kapitan, z którym niespodziewanie Piter I BLUEBOY ucięli sobie pogawędkę żeglarsko-polityczną…

Jesteś gdzieś pierwszy raz, a czujesz się, jakbyś tam bywał co tydzień na herbatce. Dasiu – nie wiem, jak ci dziękować za tę gościnę. Ja generalnie słaba jestem w takich gadkach, więc powiem jedynie, że bardzo cię przepraszam za śledzie, ale po tychrobakach nie byłam w stanie niczego w siebie wepchnąć, a lody zjadłam wyłącznie dlatego, że nie chciałam robić przykrości Kapitanowi…

Dzień po powrocie do domu, Kuba zarządził przy śniadaniu:

Robimy podsumowanie wakacji! Najdłuższe wakacje: w domu. Krótkie: w Holandii. Dłuższe: we wrześniu we Włoszech.

Tak, naprawdę tak właśnie powiedział. Oczywiście, że nas dokumentnie zamurowało. Nie, nie wydaje mi się, żeby ta nagła elokwencja oznaczała, że Kuba będzie w stanie określić, co zje na kolację.

Mam nadzieję, że to oznacza zielone światło dla następnej wyprawy…

PS.
Jakub pyta, kiedy znowu pojedziemy do Holandii… A ja mam nadzieję, że Dagmara doszła do siebie po spotkaniu z nami 😛

Ten piękny obrazek, który widzicie w tytule, to „pamiątka z podróży” czyli suwenir namalowany przez Dagmarę specjalnie dla nas. Ciasteczka i świeczki obok znalazły się na zdjęciu czystym przypadkiem. Chociaż istnieje teoria, że w życiu NIC NIE JEST PRZYPADKOWE…