Błędy wychowawcze

Miało być dzisiaj o wakacyjnych duperelach, ale wieczorem przywlókł mi się temat, przez który zarwałam kolejną noc. I jeśli go teraz nie przemielę, to być może kolejną będę mieć w plecy. Zatem wybaczcie.

Otóż wrzucił mi na noc Tatui taką uwagę, że właśnie znalazł listy pisane przeze mnie i Key w dzieciństwie i dochodzi do wniosku, że popełnili (jak rozumiem z Madre) sporo błędów wychowawczych.

Nie chciałam (i nie zamierzam) zgłębiać tematu, ale przysłowiowy nóż mi się w kieszeni otworzył. Bo „wychowywaniu” nas mogłabym przypisać różne kategorie z zakresu patologii rodzicielstwa, ale błędy wychowawcze znalazłyby się na niej gdzieś na samym końcu, jeśli w ogóle. Bo tu nie chodzi o to, że „coś zrobiliśmy źle”, tylko – jak zawsze u mojego ojca: „ONE są źle wychowane”. Zupełnie jak BlueBoy, zdaniem dziadka.

Na mojej liście znalazłoby się zaniedbanie emocjonalne. Przemoc psychiczna. Deprecjacja. Publiczne poniżanie. Przypisywanie winy za wszystko (te słynne uciekające tramwaje) – również za własne zaniedbania („Jak to nie zabrałaś na wakacje legitymacji szkolnej??? Jesteśmy w strefie przygranicznej!” – do ośmiolatki). Wiecznie pretensje o co tylko się dało. Szantaż emocjonalny. Wdrukowanie dożywotnich kompleksów. Wbicie w skrajnie niską samoocenę, a potem okazywanie niezadowolenia, że sobie słabo radzimy w życiu i nie można się nami pochwalić.

To tak z marszu, bez specjalnego zastanawiania się.

Ale mój ojciec widzi tylko „błędy wychowawcze”…

Jedynym PLUSem tego, co doświadczyłam w swoim życiu ze strony rodziców jest to, że nie chciałam być taka jak oni. I w stosunku do własnych dzieci jestem totalnym zaprzeczeniem rodzicielstwa, którego jako dziecko doświadczyłam. Zapewne też popełniam błędy, ale biorę je na klatę i staram poprawić. SIĘ. I jeśli jestem zajebistą matką, to dzięki temu, że własne dzieciństwo miałam totalnie przesrane.