Raport sierpniowy

Wbrew pozorom od powrotu z Holandii nie urządzamy sobie dolce far niente. Można rzec, że nawet wręcz przeciwnie.

Ja bym to nazwała obłędem.

Usiłujemy ogarnąć kilka spraw na raz, a szczególnego uroku sytuacji dodaje fakt, że ogarniamy rzeczy, na których się nie znamy.

Na przykład ZUS. No kurna o ZUSie to chodzą nie lada legendy z tendencją do koszmarów sennych, a Piter błyskotliwie wpadł na pomysł, żeby spróbować, bo może akurat. I wiele wskazuje, że owszem, ale z otwieraniem MP i oficjalnymi niusami jeszcze moment zaczekajmy.

I ja to napiszę, chociaż pewnie co niektórzy z radości pozacierają znów pulchne rączki, ale pierdu! – niech tam sobie zacierają, naprawdę ma to dla mnie niewielkie znaczenie. Wszystko robimy sami, bo ten wybitny rodzinny fachowiec od spraw formalno-prawnych totalnie się na nas wypiął. W sumie teraz używa się określenia: „ma wyjebane” i chociaż przekracza ono moje granice językowej dopuszczalności, to odpowiednio oddaje stan rzeczy. Bo że NAS olał – to się przyzwyczailiśmy i nie robi to na nas żadnego wrażenia. Wrażenie by zrobiło, gdyby raz w życiu dotrzymał słowa albo sam z siebie pomógł. Ale że ma wyjebane na moje dzieci – jak by nie patrzeć: jego własne wnuki, to sorry, ale dobrze wiecie, że to oznacza:


Zostawmy jednak na boku patologiczne relacje rodzinne, bo dalej też jest ciekawie. Otóż Jakub zaczął mówić całymi zdaniami, używając wyrażeń, o których nie mieliśmy pojęcia, że je zna. Na szczęście nie robi tego cały czas, tylko z doskoku i znienacka, co być może potęguje wrażenie, ale też pozwala ochłonąć. Bo on na przykład rzuca coś takiego: „Nadal nie mamy na tablicy menu na ten tydzień. Kiedy będzie moja lasagne?”. Albo wspomniane już wcześniej: „Podsumujmy: najdłuższe wakacje – w domu, najkrótsze w Holandii, a średnio długie we Włoszech?”. Aktualny TOP 3 zamyka: „Dziś zjedliśmy cztery kotlety, ale nie widzę dwóch na danie brytyjskie!”.

No więc ten Nieprzewidywalny Jakub, który nadal na co dzień posługuje się konkretem „Nie wiem.” w zasadzie do każdego pytania, zażyczył sobie doprecyzować plany na ciąg dalszy. Życia. Że skoro szkoła się skończyła, to co dalej? I ja bym bardzo chciała wiedzieć, co dalej, ale kurna nie mam bladego pojęcia. Bo o ile znalazłam (być może) szkołę dla BlueBoya, to w przypadku Jakuba czekam na boską iluminację albo jakąś gwiazdkę z nieba. A on się domaga konkretów.

Na razie udało mi się odroczyć egzekucję do października, mętnie mu tłumacząc, że po ukończeniu szkoły ma się dłuższe wakacje.

Zgodził się, ale od razu zaznaczył, że porozmawiamy po powrocie z Włoch.

To chyba oznacza, że przestał drzeć szaty o te Włochy i łaskawie zgadza się tam pojechać. Upewnił się jedynie, że wracamy przez Graz, a nie przez Szwajcarię, bo wprawdzie w Szwajcarii mieszkają dawno nie widziani kuzyni, ale on woli Oekotel.

Nie mam pojęcia, skąd on tych kuzynów wytrzasnął, bo ostatni raz widział ich na oczy w dwa tysiące dziewiątym, a potem raczej unikało się w naszym domu rozmowy na ich temat. Może powinniśmy przejrzeć jego komputer? Zdziwiłabym się, gdyby jednak korzystał z FB…


Co tam jeszcze…

A, no przecież robię poremontowy porządek w ogródku. Nawet Piter pospieszył mi z pomocą. Z tym, że „pospieszył” to może lekkie nadużycie, bo kiedy dołączył do wykopywania starych krzaczorów i przycinania czterometrowego żywopłotu, ja już zdążyłam rozwalić sobie kolano (to rozwalone w Jaśka imieniny) oraz nadwyrężyć kostkę (tę zwichniętą rok temu w urodziny Pitera) i teraz delikatnie mówiąc jestem mało mobilna. Żeby nie powiedzieć, że w ogóle.

A tymczasem Marianna przywiozła mi kawałek dyni i trzeba się nią zająć. Dynią, nie Marianną.

Tylko do tej dyni nie przywiozła mi maczety…

Piter pyta, czym ona ją nawoziła?! A Marianna, że niczym, nawet średnio podlewała. I generalnie, to ona powinna zapytać, co ja jej za pestki dałam…

Bo Marianna tę dynię wyhodowała z pestek, które wydłubałam rok temu z kupionego warzywa.

Więc ja z tym rozwalonym kolanem, które mi uniemożliwia chodzenie po schodach i stanie przy garach, rąbię teraz scyzorykiem tego giganta, bo Piter ma telko za telko cały dzień, Kuba wścieka się nad pasjansem, a BlueBoy jest bardzo zajęty budowanie bazy z lego. A dynię trzeba przerobić, żeby się tyle dobra nie zmarnowało. Zwłaszcza, że po Holandii i pracach budowlanych jesteśmy spłukani na wylot. A jeszcze okazało się, że w dwóch roletach poszły silniki i nie ma bata – trzeba je wymienić ZANIM wyjedziemy do tych Włoch. Prawdę mówiąc nie bardzo wiem za co tam pojedziemy, bo mojego zasiłku dla Matki Autyzmu wespół z rentą Kuby może nie wystarczyć. Szczególnie, że przed wyjazdem powinniśmy jeszcze kupić drewno kominkowe, bo przecież mamy ogrzewanie hybrydowe i bez kominka to słabo widzę sezon od jesieni do wiosny.

No. A jak już zupełnie mi ta noga odpadła, to z nudów (chociaż może bardziej: żeby uspokoić wyrzuty sumienia, że nie robię niczego konstruktywnego, jak na przykład prasowanie, czyli że się znowu opierdalam) postanowiłam uporządkować blogi. Bo mi się nie podobają. I oczywiście rozpieprzyłam wszystko tak, że nawet mnisi z Zenboxa uciekli. I dalej nie mam tak, jak chciałam, a na dodatek sama się już pogubiłam, jak chciałam i godzinami wgapiam się w demo próbując zrobić u siebie tak samo… A to, że nawet Zenbox nie dał rady jakoś słabo mnie pociesza, żeby nie powiedzieć, że w ogóle.

I właściwie jedynym jasnym światełkiem* w tym tunelu rozpaczy jest to, że odkryłam genialny sposób na poprawienie jakości moich tragicznych zdjęć kulinarnych. I nie mam tu na myśli wysłania w najbliższy weekend Pitera na warsztaty fotografii kulinarnej w Akademii Nikona, ani tej szkoły dla syna. I męża. Bo jak może pamiętacie – ja kompletnie nie umiem robić zdjęć, a kulinarnych w szczególności. I nawet Akademia Nikona nie była w stanie niczego tu zmienić, bo jedyne, co wyniosłam z moich warsztatów, to było poczucie klęski i dożywotnie kompleksy odnośnie poziomu mojej inteligencji. A, no i znajomość terminu „balans bieli” -całkowicie nie przekładającą się na praktyczne zastosowanie.
Jeśli ten mój Genialny Pomysł okaże się faktycznie coś wart, to wam powiem. Chyba, że sami zauważycie na Oberżynie.

Ej, no bo zaglądacie tam, prawda? CZASAMI?


*
Oraz oczywiście dobrze schłodzone MP w lodówce…