Blogerka kulinarna

Ja sobie to wszystko dokładnie przemyślałam.

Nieco sparafrazowany Shrek

Nie, wcale nie mam dobrych zdjęć kulinarnych. Czasem trafi mi się jakieś do przyjęcia, ale generalnie to jest porażka. Bo ja nie umiem robić zdjęć i naprawdę nawet Akademia Nikona tu była bezradna.

Problem polega na tym, że… Nie – właściwie to nie ma tu jednego problemu. Jest ich kilka…

Pierwszy jest taki, że nie potrafiąc robić zdjęć, prowadzę blog kulinarny. A na kulinarnym blogu bez zdjęć się nie da. I tu zaraz leci problem numer dwa: że jak coś mi się nie podoba, to jestem cholernie upierdliwa. A jak coś mi nie wychodzi, to nie umiem odpuścić. Przez co męczę się ja i męczy się całe moje otoczenie. Mąż. Znajomi na fejsie. Czytelnicy Rutyny. Na kogo tam akurat trafi.

I ja się zawzinam strasznie i piłuję temat do bólu. Mojego również, co akurat nie musi być dla nikogo pocieszeniem.

No i skutki tego zawzinania są czasami żałosne. Bo nadal mi nie wychodzi, tylko ja jestem coraz bardziej sfrustrowana i przygnębiona. I ciągle szukam jakiegoś rozwiązania problemu. A to męża wysyłam na warsztaty, a to sama siedzę i gapię się w te cholerne zdjęcia na demo mojego szablonu.

Teraz mi przyszedł do głowy jeden Genialny Pomysł, trochę go widać na ostatnim winie w Oberżynie, ale to było tak strzelone na próbę, z ręki i z marszu. Natomiast ja się nie nadaję do parasolek i statywów, blend o filtrów, i czego tam jeszcze, bo ja po prostu nie rozumiem tego języka. I ja nawet teoretycznie powiem, co to jest przesłona i czas naświetlania, ale już za cholerę nie zastosuję odpowiedniej kombinacji w praktyce. Tak jak z tym balansem bieli, o którym pisałam wczoraj.

Poza tym swojego Nikona oddałam dziecku, bo sama robię zdjęcia telefonem i tak już musi pozostać.

No i teraz powinnam sobie odpuścić to wszystko, ale przecież byłoby za łatwo, więc przejdźmy do najnowszego ciągu dalszego. Bo ja ostatnio poszłam na taki fajny kurs dla blogerów kulinarnych, a potem przeleciałam się po topowych blogach tematycznych.

I powiem wam jedno: TERAZ to już powinnam nie tylko sobie odpuścić. Ani nawet nie załamać się. Ja powinnam po prostu skoczyć do Wisły i zakończyć ten rozdział drogi do nirwany.

Bo połowy rzeczy nie rozumiałam z tego, o czym oni – ci top blogerzy – mówili. Jak oni zaczynali rozmawiać o zasięgach, to ja po prostu szłam z psem na spacer, bo u nich „dramatycznie niskie dzienne” są na poziomie mojego całorocznego, więc o czym ja tu w ogóle? Oni sobie gawędzą uroczo o sesjach zdjęciowych czy tam nagraniowych, wydawanych książkach i wizytach w telewizji śniadaniowej, a ja nie potrafię ustawić talerzyka tak, żeby mi się światło nie obijało, ani ustawić oświetlenia w sposób, który nie czyni wszystkiego pomarańczowym… I ja wiem, że nigdy się tego nie nauczę. Oraz że ja się po prostu nie nadaję do wrzucania każdej jednej rzeczy na Insta – próbowałam, nie dla mnie. Jednocześnie fascynują mnie te wszystkie Ciocie Zosie, wrzucające zdjęcia przy których moje są wybitnym osiągnięciem fotograficznym, i które są otoczone wianuszkiem wielbicielek komentujących każdą wariację ciasta z kremem truskawkowym. I wychodzi mi na to, że ja nie pasuję ani do jednych, ani do drugich. Jak zwykle zresztą.

Jestem o krok od życiowej załamki, i tu, proszę państwa, pojawia mi się Profesor Higgins oraz Alan Titchmarsh. Higginsowi kukułka była przypominajką (zresztą zabijcie – może to był inny ptak, w sumie nie mający znaczenia w tym wątku), a Titchmarshowi ta przypominajka dała odpowiedź na zasadnicze pytanie:

Po co to robię?

I obawiam się, że nie będę zbyt oryginalna, bo moja odpowiedź jest identyczna, jak ta Titchmarsha.

For pleasure!

A skoro całe to blogowanie ma być dla przyjemności, a będące jego absolutną podstawą gotowanie, również, to mogę sobie spokojnie odpuścić zaistnienie w Instagramowej blogosferze, bo nie mam i nigdy nie będę mieć możliwości potraktowania tego zawodowo. Bo mam w domu dwóch autystów, wymagających permanentnego zaangażowania. Bo ten dom muszę prowadzić wykonując tak idiotyczne zajęcia, jak pranie, prasowanie, planowanie zakupów. A gotowanie nie zawsze oznacza fajerwerki, bo na przykład Kuba żąda przez tydzień żurku i kanapki z pasztetem. Codziennie.

I tak otwierając kolejną butelkę MP myślę sobie, że może wystarczy tego udowadniania światu, że coś tam. I może to wszystko jest po to, żebym się wreszcie zatrzymała i zaczęła żyć zgodnie z zasadą robienia tu, gdzie się jest, tego, co możliwe.

A przecież nikt mi nie zabroni popracować nad tymi upiornymi zdjęciami… Nawet jeśli potem obejrzy je garstka najbliższych znajomych.