Scena finałowa

Plan był taki:

Dotrzymałam słowa i dobrnęłam do końca Fotowakacji. Może nie na sto procent, ale pięćdziesiąt wpisów to moim zdaniem też nie najgorzej. Teraz miałam wznieść toast i dziękując za wspólną blogową przygodę ostatecznie pożegnać Rutynę. Bo co do Chaosu to mam jednak zdanie odrębne. Nawet sobie takie toastowe zdjęcie wybrałam, wiecie – niczym Di Caprio w The Great Gatsby… No i oczywiście coś musiało pieprznąć…

Nie, no przecież nie chodzi mi o to, że Piter zamówił narzędzia…

Elektryczne…

To znaczy elektryczne są nożyce do marcepanowego żywopłotu. Bo ma jeszcze podkaszarkę. SPALINOWĄ. Niby że do tych chaszczy na Ziemi Przodków, przez które będziemy się rozwodzić, jak tylko wrócimy z Włoch. Tylko że mój mąż mówi, że nie będziemy się rozwodzić, bo podobno on mi to letnisko wybuduje jednak. W przyszłym roku. Więc muszę zaczekać do maja z tym ewentualnym, aczkolwiek jego zdaniem zupełnie niepotrzebnym rozwodem.

I ja właściwie mogłabym was zostawić z tym suspensem, ale to nie koniec. Bo w ostatnich dniach pokonaliśmy system. I nie dość, że wyszarpaliśmy Orzecznikowi ds. Niepełnosprawności odpowiednie (czyli zgodne ze stanem faktycznym) orzeczenie, to olaliśmy Tatui i sami znaleźliśmy rozwiązanie problemu BlueBoya. Tego z opieką zdrowotną. Na razie na rok, ale to nam daje rok spokoju oraz środki na zajęcia, żeby podczas tego swojego upragnionego gap year BlueBoy do reszty się nie odmóżdżył. A ja żebym nie zwariowała tak do końca.

I już myślicie: „Łał! No to się jednak coś dzieje!„. A ja wam w tym momencie mówię: I TO NIE KONIEC! Bo tam szczegół, że Jakub zażyczył sobie nauczyć się grać w golfa, ale może zauważyliście, że na Oberżynie pojawiły się takie jakieś inne zdjęcia. I oczywiście daleko im do doskonałości, ale uchyliłam sobie nieco drzwi do zupełnie innej fotograficznej opcji, o której zawsze myślałam, że jest totalnie poza moim zasięgiem.

Natychmiast wkopałam tam Pitera, ale sama też poczyniłam pewne działania. I wierzę, że doprowadzą mnie do upragnionego stanu, o którym marzę od lat.

W Oberżynie widać też i inne zmiany. Bardzo przemyślane (coś zabrzmiałam jak rozwodząca się Doda, ale ustaliliśmy, że z rozwodem czekamy do października albo nawet i do maja…) i chyba wreszcie odpowiadające długo poszukiwanej koncepcji. W związku z nimi trzeba było zrobić coś z pozostałymi wątkami, które z konieczności wyleciały z czysto kulinarnej Oberżyny. A to spowodowało ciąg kolejnych decyzji, które w ostatecznym (przynajmniej na dziś) wyniku dały pewne ruchy w moim blogowaniu.

No i jak ja was mogę teraz zostawić w TAKIM suspensie? Po tylu wspólnych blogowych latach?

Zatem zupełnie niezależnie od moich postanowień i planów, zamiast Wielkiego Pożegnania wykluło mi się Nowe Otwarcie. I ja chyba nie powinnam się temu dziwić, bo przecież u mnie życie żyje własnym życiem i ma za nic to, co ja bym sobie chciała zaplanować. I w związku z tym zamiast wilanowskiej wersji Leonarda DiCaprio w Wielkim Gatsbym, mamy coś takiego:

[ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi]